czwartek, 31 stycznia 2013

#31. Premiery 2013 (kino)





Premiery 2013 roku na które wypada rzucić okiem.

9 lutego - Inside Llewyn Davis - Bracia Coen o piosenkarzu 
22 lutego - Promise Land - Damon pozyskuje teren pod eksploatację gazu łupkowego

1 marca - Phantom - Ed Harris, David Duchovny i sowiecka łódź podwodna.
15 marca - Broken City (Władza) - Wahlberg, Crowe, Zeta-Jones - wyborna partia szachów (politycznych)

5 kwietnia - Spring Breakers - kino bez hamulców
19 kwietnia - Panaceum - Jude Law, Zeta-Jones - jak w najlepszych filmach Hitchcocka
 19 kwietnia - Oblivion (Niepamięć) - Cruise odkrywa statek obcych z kobietą na pokładzie



9 maja - Iron Man 3 - część kampanii promocyjnej Avengers 2
10 maja - Amantes pasajeros (Przelotni kochankowie) - Almodovar, Penelope, Banderas
17 maja - Wielki Gatsby - Leo u F. Scott'a Fitzgerald'a 
31 maja - Star Trek Into Darkness (W ciemność Star Trek)



6 czerwca - Trans (Trance) - James McAvoy traci pamięć i nie wie gdzie schował łup
14 czerwca - After earth (1000 lat po ziemi) - Will Smith i syn w ciekawym koncepcie
21 czerwca - Man of Steel (Człowiek ze stali) - obiecujący origin Supermana
28 czerwca - Now You See Me (Iluzja) - iluzjoniści okradają banki



5 lipca - World War Z - Brad Pitt vs zombie
12 lipca - Pacific Rim - Obsada Sons of anarchy + wielkie maszyny
18 lipca - R.I.P.D. - martwy glina R. Reynolds próbuje dopaść swojego mordercę
19 lipca - Lone Ranger (Jeździec znikąd) - Johnny Depp + Alice z Luthera na dzikim zachodzie
26 lipca - Wolverine - część kampanii promocyjnej Avengers 2

2 sierpnia - 300: Rise of an Empire
2 sierpnia - Kick Ass 2 
16 sierpnia - Elysium (Elizjum) - bogacze żyją na sztucznej stacji Elysium, a reszta na przeludnionej, zniszczonej Ziemi

2 września - To the Wonder - Affleck,  Bardem i przyjaciółka z dzieciństwa 
6 września - About time - Podróże w czasie
13 września - Machete kills 
13 września - Rush - Formuła 1: Thor vs Żołnierz Dumy Narodu
20 września - Malavita - De Niro, Pfeiffer, T. Lee Jones
26 września - The Tomb - Stallone, Schwarzenegger w więzieniu



2 października - Sin City: A Dame to Kill For
18 października - Carrie - na podstawie opowiadania Stephena Kinga

1 listopada - Last Vegas - Freeman, Douglas, De Niro, K Kline - Impreza dla ostatniego singla
8 listopada - Thor: The Dark World (Thor: Mroczny świat) - część kampanii promocyjnej Avengers 2
13 listopada - The Counselor - Scott, Fassbender, Pitt, Bardem, Penelope, Diaz
14 listopada - The Wolf of Wall Street - Scorsese, DiCaprio i giełdowe machinacje
22 listopada - Hunger Games: Catching Fire 
29 listopada - Captain Phillips - Hanks uprowadzony przez somalijskich piratów

18 grudnia - The Monuments Men - zespół znawców poszukuje dzieł sztuki zrabowanych przez Hitlerowców
20 grudnia - Saving Mr Banks - Hanks jako Walt Disney
27 grudnia - Hobbit: The Desolation of Smaug (Hobbit: Pustkowie Smauga) 


Pozostałe filmy (dokładne daty nieznane):

Lowlife - Marion C, J. Renner, Phoenix
Czerwiec - The Bling Ring - nastolatki okradają domy gwiazd Hollywood
Maj - Only God Forgives - Gosling na ringu

poniedziałek, 17 grudnia 2012

#30 Najlepsze nowe filmy, które widziałem w 2012 roku


W 2012 roku obejrzałem 188 filmów. W tym 85 w miarę nowych - z 2011 i 2012 roku. O 34-ech z nich mogę powiedzieć, że Wam nie zaszkodzą.

Coraz trudniej dziś o dobre kino.

Styczeń
  • We Need to Talk About Kevin (2011 | Dramat, Thriller | USA, GBT) - 9/10
  • Help (2011 | Dramat | Indie, USA) - 8/10
  • Piel que habito (2011 | Dramat, Thriller | Hiszpania) - 8/10
  • Artist (2011 | Dramat, Komedia, Romans Niemy | Belgia, Francja) - 8/10
  • Ides of march (2011 | Dramat, Polityczny | USA) - 7/10
  • Guard (2011 | Komedia kryminalna | Irlandia - 7/10
  • Girl with the Dragon Tattoo (2011 | Kryminał, Thriller | Niemcy, Szwecja, USA, GBT) - 7/10
Luty
  • Pearl Jam Twenty (2011 | Dokumentalny Muzyczny | USA) - 8/10
  • Margin Call (2011 | Dramat, Thriller | USA) - 7+/10
  • Albert Nobbs (2011 | Dramat | Irlandia, GBT) - 7/10
  • My Week with Marilyn (2011 | Biograficzny, Dramat | USA, GBT) - 7/10
Marzec
  • Jodaeiye Nader az Simin (2011 | Dramat | Iran) - 8/10
  • Baby są jakieś inne (2011 | Dramat, Komedia | Polska) - 7+/10
  • This Must Be the Place (2011 | Dramat, Komedia | Francja, Irlandia, Włochy) - 7/10
Kwiecień
  • Intouchables (2011 | Biograficzny, Dramat, Komedia | Francja) - 9/10
  • Better Life (2011 | Dramat | USA) - 8/10
  • Wymyk (2011 | Dramat, Sensacyjny | Polska) - 8/10
  • Adventures of Tintin (2011 | Animacja, Familijny, Przygodowy | Nowa Zelandia, USA) - 7/10
  • Young adult (2011 | Dramat, Komedia | USA) - 6+/10
Maj
  • J. Edgar (2011 | Dramat, Biograficzny | USA) - 7/10
  • Avengers (2012 | Akcja, Sci-fi | USA) - 7/10
  • Perfect Sense (2011 | Melodramat, Sci-fi | Dania, Irlandia, Szwecja, GTB) - 7/10
Czerwiec
...

Lipiec
  • Dark knight rises (2012 | Akcja, Sci-fi | USA, GTB) - 8+/10
Sierpień
  • Róża (2012 | Dramat | Polska) - 8/10
  • Expendables 2 (2012 | Akcja | USA) - 7+/10
Wrzesień
  • Ted (2012 | Fantasy, Komedia | USA) - 7/10
Październik
  • Jesteś Bogiem (2012 | Biograficzny, Muzyczny, Dramat społeczny | Polska) - 8+/10
  • Skyfall (2012 | Sensacyjny | USA, GTB) - 8/10
  • We Bought a Zoo (2011 | Dramat, Familijny, Komedia | USA) - 7+/10
Listopad
  • Et maintenant, on va ou? (2011 | Dramat, Komedia | Francja, Włochy, Liban, Egipt) - 8/10
  • Muzi v nadeji (2011 | Komedia | Czechy) - 8/10
  • Dark Knight Returns (2012 | Animacja, Akcja | USA) - 7/10
Grudzień
  • Looper (2011 | Akcja, Sci-fi | Chiny,USA) - 7/10

piątek, 30 listopada 2012

#29. Talent shows

Jestem bardzo zły, że talent shows w Polsce cieszą się tak olbrzymią popularnością. Utarło się, że mają one za zadanie odkrywać wybitnych artystów. W wyniku ich działalności powstawać ma nowa genialna muzyka. Rezultat jest jednak taki, że ludzie występujący w takich programach śpiewają piosenki czyjegoś autorstwa. Całe przedsięwzięcie zatem sprowadzane jest do roli bardzo napompowanego konkursu karaoke. A przecież w naszym kraju nie brakuje utalentowanych wokalistów, którzy potrafią doskonale naśladować gwiazdy pop. Nasz kraj cierpi na brak piosenek. Na brak melodii. Namnożone do niemożliwości talent shows są w związku z tym poważnym krokiem wstecz, bo nie promują twórczości a odtwórczość. Tam gdzie brak pierwszorzędności, rolę jej wypełnia drugorzędność, stawiająca sobie ułatwione zadania i rozwiązująca je ułatwionymi sposobami. Talent shows robią naszej scenie muzycznej poważną krzywdę.

Zaproszenie wykonawców do śpiewania czyichś piosenek jest oczywiście zabiegiem koniecznym w polskiej rozrywce telewizyjnej. Program wyszukujący oryginalne talenty muzyczne nie miałby oglądalności, gdyż widzowie postępują tak jak inż. Mamoń, który lubił tylko te piosenki, które już znał. I Mam talent, X factor, Bitwa na głosy, Voice of Poland czy Must be the music, w takim podejściu masowego Polaka ugruntowują. Mnie osobiście najbardziej dziwi, że ów programy są popularne wśród tych narzekających, że polska scena muzyczna nie wydała na świat niczego odkrywczego. Są popularne też wśród tych walczących o rozwój polskiej muzyki. Może wierzą, że X factor jest w stanie tej muzyce jednak pomóc? Pojawia się więc pytanie, czy przemyślanym kierunkiem jest kreowanie na gwiazdę kogoś, kto nie ma nic do powiedzenia artystycznie? Kogoś, kto jeszcze nie udowodnił, że stać go na bycie twórczym i nic nie zapowiada, by taki dowód dostarczył. Moim zdaniem to podpisywanie czeku bez pokrycia. To bardzo duży kredyt zaufania, dany bez najmniejszego sensu i bez żadnych podstaw.

Powtórzę, w tym kraju są setki doskonale śpiewających ludzi. Ale nie chodzi o to JAK oni śpiewają, ale CO oni śpiewają. Potwierdza to historia polskich wersji talent shows. Mechanizm wygląda tak: po kolejnej edycji programu jest wielki bum na danego laureata. Ale zainteresowanie trwa tylko chwilę. I potem taki wokalista jest zapominany. Przyczyną jest oczywiście brak osobowości artystycznej, ale może to wynikać też z faktu, że w talent shows nie chodzi wcale o produkcję artystów, a samą obserwację jak Jury potraktuje wykonawców. Więc kiedy Gienek Loska wygrał X factor, to na jego bluesowym koncercie publiczność się nudziła. Miało się wrażenie, że czekają aż Wojewódzki z Chylińską nagle wyskoczą jak króliki z kapelusza i będą go po każdej piosence oceniać.

Kiedy na rynku pojawiła się rodzima wersja Must be the music, pomyślałem sobie: super! Przecież zasady anglojęzycznej wersji są takie, że prezentujesz tylko autorskie piosenki. Włączam więc premierowy odcinek, a tam co? Znów karaoke! Programy tego typu to precyzyjnie zaprojektowane produkty, więc w każdym kraju należy je dopasować do realiów. Okazało się po raz kolejny, że to co w UK świetnie zdało egzamin, w Polsce nie może mieć prawa bytu. W kraju nad Wisłą nie zaproponujesz widzom talent show opartego tylko na piosenkach autorskich, bo inż. Mamoń byłby niezadowolony, a wraz z nim my, Polacy!

Oczywiście mam świadomość, że zdarzają się w Must be the music artyści prezentujący swoje piosenki, ale są to niezadowalające ilości. Publiczność jednak czasami wydaje się doceniać pójście po większej linii oporu. Finaliści trzech pierwszych edycji wykonywali piosenki (wprawdzie przeciętne, ale) autorskie, co stawia ten talent show w moim odczuciu wyżej niż pozostałe. Właśnie za te nieporadne próby promowania czegoś własnego, nawet jeśli nadal przypomina to czyjąś twórczość (ale to zupełnie inna historia). Niemniej laureat ostatniej edycji w finale wykonał piosenkę Dżemu. Czyżby więc źródełko twórczości autorskiej dla Must be the music się wyczerpało?

Polsatowskie show to jednak tylko mniejsze zło. Pozostałe programy tego typu to już kompletny cios dla muzycznej sceny w Polsce. Szczególnie drażni pretensjonalność ich obrońców, którzy odpierają zarzuty prymitywizmu powołując się na ich rozrywkowość i artyzm. Dla mnie wartość artystyczna X-factor jest mniej więcej taka, jak meczu piłki nożnej oglądanego po 100 latach. Jest jak konkurs piękności, który dostarcza rozrywki tylko przed ogłoszeniem wyników.

Mylne jest założenie producentów, że artystę można sztucznie wyprodukować za pomocą talent shows. Prawdziwa sztuka to nie obiekt na taśmie produkcyjnej. Dlatego ludzie tak szybko zapominają o laureatach poszczególnych edycji. Uroda łatwa, jako przemijająca ulega z czasem trudniejszej. Repetycja tych samych wciąż wzorców i taktyk kreacyjnych skutkuje uwstecznieniem, degeneracją, stagnacją rozwojową. I to właśnie przydarza się polskiej scenie muzycznej od dziesięcioleci. Po latach będzie można dostrzec, że talent shows rodzimy artyzm doprowadziły donikąd. Nie stały się katalizatorem zmian ani rozwoju. Nie stały się rock'n'rollowym przekrętem wciskającym sztukę wysoką do świadomości mas. Bo ani nie przyjmowały dopływów z otwartego obszaru kultury, ani same się ich dopływem nie stawały, bo nie tworzyły wzorców ani prądów.

Dlatego zbojkotujcie kolejny płytki, prymitywny i uwsteczniający (nie tylko dla muzyki, ale przede wszystkim dla Was samych) talent show i wyjdźcie wieczorem w miasto poszukać autentycznych artystów. Może gdzieś w Waszej okolicy gra Julia Marcell albo Tides from Nebula?

wtorek, 30 października 2012

#28 Dark Knight Rises

Dark Knight Rises Christophera Nolana to sprawnie zrealizowane kino akcji. Szybszy, głośniejszy, bardziej intensywny niż jego poprzednik. Muzyka pompuje emocje, narasta, co w połączeniu z wydarzeniami obserwowanymi na ekranie, sprawia, że widz jest trzymany przez większość seansu na brzegu siedzenia.

Dark Knight z 2008 roku kręcił się wokół Jokera. Właściwie od początku do końca był to film o Jokerze. Heath Ledger skradł całe show dla siebie. Natomiast ciężar DKR rozkłada się równomiernie na wszystkie postaci. Tu każdy odpowiada za jakiś element, który nadaje fabule biegu. Jest Robin, Gordon, Thalia, Bruce Wayne, Bane, Alfred, Catwoman. I wszystkie te postaci mają równorzędne oddziaływanie na tę historię.

Kiedy w 2006 roku świat obiegła wiadomość, że Heath Ledger będzie grał Jokera, w Internecie huczało od komentarzy typu: ah, nie! On się nie nadaje! Ale Ledger okazał się genialny. To samo było z Anne Hathaway, która budziła wątpliwości typu: to ta dziewczyna grająca w durnych komediach? coo??. Anne jednak, na przekór hejterskiemu grajdołowi, okazała się absolutnie zjawiskowa w roli Catwoman, choć pewnie nie ma szans na detronizację kanonicznej Michelle Pfeiffer z Batman Returns z 1992 roku. Wartym podkreślenia jest fakt, że Anne nie nosi tutaj wyzywającego kociego kostiumu, jakim raczyła nas Michelle w Batmanie Tima Burtona. Ale Nolan zdążył nas już przyzwyczaić, że w jego filmach większy nacisk kładzie na charakter postaci, niż jej kostium.

Tom Hardy w roli Bane'a jest dokładnie taki jak w komiksie Knightfall z 1993 roku, w którym złoczyńca złamał człowieka nietoperza (dosłownie i w przenośni): mocny, brutalny i piekielnie inteligentny. Można odetchnąć spokojnie, dzięki niebiosom Nolan nie zrobił z Bane'a czystej wody debila, jakim uczynił tę postać Joel Schumacher w koszmarnym, niemal slapstickowym Batman & Robin z 1997 roku. Bane Nolana sieje zniszczenie, zamęt i strach. Nie ma wątpliwości, kto rozdaje karty w tym filmie. A przy tym zręcznie unika komizmu, o który bardzo łatwo w przypadku szwarcharaktera, chcącego wprowadzić w życie diabelski plan unicestwienia całego miasta. Nie przeszkadza nawet jego przepuszczony przez przetwornik, nienaturalny głos, z którego śmieje się pół hejterskiego środowiska.

W filmie można dopatrzeć się pewnej dwubiegunowości, w której po jednej stronie są emocje, a po drugiej fabuła. W związku z czym zrozumiały jest podział widzów na dwa obozy. Pierwszy zasilają widzowie otwarci na głębokie, intensywne emocje. Drugi obóz - odbiorcy w sposób techniczny analizujący błędy fabularne. Jedni powiedzą: "Hmm, to było świetne i głębokie". Drudzy: "to było głupie i nie miało najmniejszego sensu". Trzeba przyznać, że logika nie zawsze ma tutaj sens, ale w filmach Nolana zawsze bardziej chodziło o emocje. W gruncie rzeczy, jeśli rdzeń filmu jest oparty na emocjach, to cała obudowa filmu złożona z efektownych, acz bezsensownych błędów logicznych schodzi na dalszy plan. Nie jest tak ważna jak w przypadku filmu, w którym to efekciarska obudowa jest rdzeniem. We współczesnym kinie superbohaterskim brakuje filmów, w których wydarzenia mają głębsze znaczenie, dlatego błędy fabularne są wybaczalne w pewnych rodzajach filmów, w których ten rdzeń w ogóle występuje, np. interesująca historia lub podłoże emocjonalne.

Dark Knight Rises nie jest więc filmem, w którym najważniejsza jest logika rozwiązań fabularnych. To jest film o tym jak pokonany i upokorzony Mroczny Rycerz podnosi się, pokonuje swoje ograniczenia, by na końcu odnieść zwycięstwo. Pięknie wieńczy też całą trylogię. W Batman Begins oglądamy małego Bruce'a, który wpada do studni pełnej nietoperzy i spogląda przerażony w niebo widoczne z jej dna. Wizja wydostania się z pułapki jest bardzo odległa, a strach jest wszechogarniający. Wiele lat później Bruce znów musi się zmierzyć z podobną sytuacją, by wydostać się z więzienia konstrukcyjnie podobnego właśnie do tamtej studni z dzieciństwa.

Dlaczego upadamy? - pyta Alfred małego Bruce'a Wayne'a w Batman Begins. - Abyśmy mogli lepiej nauczyć się podnosić - dopowiada po chwili.

Wspaniały sposób na spięcie klamrą całej tej opowieści.

8/10

niedziela, 30 września 2012

#27 Jesteś Bogiem



Kilka rzeczy przyszło mi do głowy po seansie długo przeze mnie wyczekiwanego Jesteś Bogiem Leszka Dawida. Po pierwsze to, że pokolenie moich rodziców nie zrozumie tego filmu w sposób, w jaki rozumieją go moi rówieśnicy. Przepaść jest zbyt głęboka, więc Magik pozostanie dla nich tylko ćpunem, któremu się we łbie poprzewracało, więc skoczył z okna po zarobieniu paru złotych z rapowania debilnych i wulgarnych zwrotek. Dostrzegam jednak pewną zabawną powtarzalność dziejową. Mam oczywiście świadomość, że porównania za moment użyję bardzo górnolotnego, ale mimo to uważam, że warto w tym przypadku uciec się do przesady. Otóż dla pokolenia moich rodziców (rocznik 1960) Paktofonika to takie same ćpuny grające dekadencką muzykę dla wykolejeńców, jak The Beatles... dla pokolenia rodziców moich rodziców:) Przecież John Lennon i reszta przećpali w życiu kilka ciężarówek narkotyków, ubierali się szokująco dla ówczesnego świata, fryzury nosili (jak na tamte czasy) niechlujne, obnosili się bezczelnie, a słownictwa także używali mało obyczajnego. A muzyka? Hałaśliwa, nie przypominająca w niczym tego, czego słuchało się w czasach młodości moich dziadków. Beatlesi na świecie zresztą, podobnie jak Paktofonika w Polsce, przetarli szlak wykonawcom grającym podobną muzykę. I dokładnie to samo zrobili chłopcy ze Śląska, będąc nagrodzeni za swoją do bólu autentyczną twórczość Frederykiem. Jedną z ważniejszych nagród rodzimej fonografii. To był wielki przełom. Udało im się zmienić kijem bieg rzeki. To samo co, oczywiście na dużo większą skalę, udało się Beatlesom. Oczywiście nie zamierzam się w żadnym sensie ze starszym pokoleniem kłócić, udowadniać im, że PFK to przecież jest sztuka wysoka, że oh i ah, starzy nie rozumieją, bo zacofani. Nie. Głupstwem byłyby takie próby. Kłótnie międzypokoleniowe zawsze były i będą najbardziej bezsensownymi czynnościami na Ziemi. I podobnie moje pokolenie w przyszłości nie zrozumie pokoleń nadchodzących. Już mam pewne trudności obserwując to, czego słuchają 15-latkowie;)

Druga rzecz przychodząca mi do głowy po seansie Jesteś Bogiem jest taka, że każde pokolenie ma swój hymn, i jeśli piosenka Jestem Bogiem ma być hymnem dla tych, którzy jako pierwsi dorośli w autonomicznej Polsce, to najwyraźniej taki jest znak czasu. Mnie muzyka Paktofoniki towarzyszyła dość szeroko na początku wieku (jak to dobrze brzmi!) i przyznam, że znakomicie słuchało się tych bitów i tekstów, mimo że ja za hip-hopem wcześniej nie przepadałem i dziś nadal nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nic poza Paktofoniką (i jej pochodnymi). Oni mieli w twórczości coś zawartego ponad podziałami muzycznymi, jakiś uniwersalny przekaz. Wyjątkową energię i autentyczność. Wygląda na to, że jeśli masz je w sobie, to nie ważne co byś w życiu robił, to w końcu się przebijesz. Ludzie łakną autentyczności i silnych emocji, a w muzyce Paktofoniki słychać było, że rapowali tak, jakby robili to po raz ostatni w życiu.

Znam jak Ty te noce nieprzespane
By nad ranem
Zawikłane kwestie podejść z nowym
Planem jak z taranem
Dokładnie znam to
Mam te same
Myśli skołatane
Znam to, jest mi znane uczucie z tym związane
Co jest grane?
Marzenia niewypowiadane
Zapominane bo nie doczekałem się na zmianę
Przekonanie
Że po którymś ciosie się nie wstanie
Co jest grane?
Czasem głupie pytanie, nie?



Mnie się udało Rahima, Fokusa i Maćka Pisuka (autora scenariusza) poznać osobiście. Z Rahimem robiłem wywiad przy okazji jego trasy z L.U.C-em (promując płytę Homoxymoronomatura). Poza tym, organizowałem też spotkanie w Empiku z Maćkiem Pisukiem, Fokusem i oczywiście Rahimem przy okazji wydania książki "Paktofonika. Przewodnik Krytyki Politycznej". Pomagałem też chłopakom zorganizować koncert promujący tę książkę. Miałem okazję kilka razy rozmawiać z Maćkiem Pisukiem również o filmie, który miał dopiero powstać. Kiedyś, podczas ponad godzinnej rozmowy, opowiadał mi o tym jak książka ma któregoś dnia posłużyć za scenariusz filmowy i jak trwają poszukiwania środków na realizację filmu. Wówczas usiłowałem podsunąć Pisukowi reżysera Grzegorza Lipca ze Sky Piastowskie i temat oboje podchwycili, bo Grzegorz jest fanem Paktofoniki, a Maciejowi nie obca była twórczość filmowa Sky. Niestety do współpracy nie doszło, gdyż scenarzysta był już związany pewnymi zobowiązaniami i tak reżyserem został Leszek Dawid. Koniec końców uważam, że wyszło na dobre, że to nie Lipa zabrał się za historię Paktofoniki, bo obawiałbym się, że charakterystyczny styl Grzegorza przejąłby kontrolę nad dziełem i poprowadził całość w niebezpieczne rejony.

(...) Życie diametralnie inne niż to na ekranie
Walka o przetrwanie
(...) Wprowadza mnie w stan gdzie jest zdecydowanie
Za dużo sytuacji które szybko nużą
Za dużo ruchów które niczemu nie służą
Dużo za dużo akcji które wszystko burzą
Które źle wróżą
Tak jak cisza przed burzą
(...)


A może Lipiec zrobiłby film, jakiego wielu oczekiwało, czyli oparty o wiwisekcję psychologiczną głównego bohatera, z większym naciskiem na proces jego uzależnienia i zabrnięcia w uliczkę, z której nie było już odwrotu? I tu dochodzę do trzeciej rzeczy, która przyszła mi do głowy po seansie. Dobrze się stało, że film przybrał taką postać, jaką zobaczyliśmy na ekranach. Nie wchodźmy Magikowi do głowy. Z filmu dowiadujemy się dokładnie tyle, ile wiadomo z przekazów jego bliskich, rodziny, przyjaciół, współpracowników i mediów. Ani mniej, ani więcej, i niech tak zostanie. Maciej Pisuk zrobił kawał dobrej roboty przygotowując najpierw książkę, a później scenariusz filmowy. Spędził wiele miesięcy z ludźmi z bliższego i dalszego otoczenia Magika, wiele godzin rozmów, ogromne ilości bajtów danych zapisanych na nośnik. Wreszcie z końcowego efektu bardzo zadowoleni są Rahim i Fokus, a to moim zdaniem bardzo dobra wiadomość dla twórców. Aby zadowolić tych, którzy kręcili nosem po seansie, należałoby wiele rzeczy po prostu zmyślić, wyciągnąć wyssane z palca wnioski, które kompletnie mogły nie pokrywać się z rzeczywistością. Dlaczego Magik się zabił? Niech pozostanie to jego tajemnicą. Zresztą film pozostawia widzowi szerokie pole interpretacji, kilka razy delikatnie akcentując ten bolesny aspekt.

Trzeba było myśleć gdy
Po fakcie łzy zalały ci oczy
I tak przez siedem dni
Gdzie ten sen się śni
Tak więc witam Cię dniu z poziomu fotela
Z wnętrzy M3
Witam cię, dniu niewdzięczny
Tu po tej drugiej złej stronie tęczy
Witam bez kwiatów naręczy
Bez zastrzeżeń
Dzień, który przede mną piętrzy
Jeszcze większy
Cień nad światem wewnętrznym
Witam, choć z dnia na dzień bardziej niezręczny
Jest tenże gest nikt mnie nie wyręczy
(...)


Jesteś Bogiem to znakomita ilustracja tamtych czasów. Chyba każdy ma wujka lub ojca, który odpowiadał na wszystkie pytania programu TVP Jeden z dziesięciu, łaknąć oczami pochwał po każdej poprawnie udzielonej odpowiedzi. Wielu też zna sytuację, kiedy to leciał w TV ulubiony program, a trzeba było w tym czasie być gdzieś indziej, więc ustawiało się nagrywanie w odtwarzaczu wideo na konkretną godzinę. Oczywiście informując wszystkich domowników, aby nie dotykali telewizora! Takich smaczków można wychwycić w tym filmie dziesiątki. I na koniec aktorzy. Nieznani, młodzi, doskonale przygotowani do roli. Marcin Kowalczyk, Tomasz Schuchardt i Dawid Ogrodnik idealnie odrobili lekcje. Mimo różnic aparycji w stosunku do oryginałów, mimika, styl mówienia, gesty są na właściwym miejscu i stoją na naprawdę wysokim poziomie. Szczególnie wielkie wrażenie robi Marcin Kowalczyk recytując zwrotki "Kalibra 44" na klatce schodowej, tłumacząc Rahimowi, żeby dawał z siebie wszystko na scenie, oraz moment w którym ekranowy Magik występuje solo przed publiką, która wygwizdała pierwszy występ Paktofoniki na żywo. Nawet jeśli wszyscy już w ciebie zwątpili, pokaż, że się mylili - recytuje w natchnieniu Kowalczyk. Te wszystkie Koty, Adamczyki i wiele innych tuzów polskiego kina, powinno natychmiast zakończyć kariery ze wstydu, że ta trójka młodzieńców pobiła jednym występem cały ich aktorski dorobek!

Chcesz też uwierz
Ja dostarczę Ci tarczę
Może nie wystarczę
Ale będę tuż obok
Prócz ciebie nie ma mnie dla nikogo


8/10