Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2013

#35 Spring Breakers





To chyba najbardziej hajpowany film roku. Nominowany do nagrody na Festiwalu w Wenecji. Dopiero po zakończeniu seansu z niedowierzaniem przeczytałem, że to jest komedia. Że to piekielnie inteligentna satyra na dzisiejsze dzieciaki zapatrzone w popkulturę i myślące popkulturowymi schematami. Niestety tej piekielnej inteligencji nie widać na ekranie.Większość seansu to niekończące się imprezy, wulgarne najazdy kamery na nagie ciała, masa bezsensownych powtórzeń, płycizna, bełkotliwość dialogów, trzęsąca się kamera, oniryczne barwy i wizje, oraz brak aktorów czy w ogóle brak jakiejkolwiek postaci, z którą dałoby się utożsamić. A wszystko to wymieszane ze sobą, nawrzucane do jednego worka bez konsekwencji, przypominające bałagan w mieszkaniu studenckim po naprawdę grubej imprezie.

Wyjątkowo wygodne jest pisanie o tym filmie, że to taka genialna satyra na współczesność, utratę wartości, nudę, rozpasanie dzisiejszej młodzieży zapatrzonej w teledyski MTV. A jednak to nie takie proste. Bardzo łatwo jest napchać do jednego filmu kilkadziesiąt niedokładnie i niechlujnie zmontowanych scen z imprez pełnych alkoholu i narkotyków. Takie przebitki można znaleźć na niejednym smartfonie mieszkańców akademików pod każdą szerokością geograficzną. Ale nazywać to od razu sztuką? I że niby James Franco był taki genialny w tym filmie? Nie był. Był jak wszystko w tym filmie - płytki i bardzo mocno przerysowany. Przesadny. Ale tak, ja rozumiem, sztuka, zabieg celowy. Franco musi być tutaj taki, jak raperzy w amerykańskich teledyskach, ociekający złotem, kasą i koką. Łapię. Taka artystyczna przenośnia.

Litości. Piekielnie inteligentna satyra wymaga znacznie większego wysiłku przy pracy nad postaciami, ujęciami, fabułą i całą resztą zawartości filmu, niż Harmony Korine, reżyser, nam przygotował. Ten film ocieka lenistwem twórców, prymitywnymi rozwiązaniami po najmniejszej linii oporu i zupełnie nie trzyma się kupy. Jest okropnie niespójny, nie wiadomo jaki jest ton tego filmu. Komedia to nie jest na pewno. Zaczyna się jak obyczajówka - ot historia czterech nastolatek, znudzonych życiem, chcących zmienić je w niekończące się pasmo imprez. Ale później już mamy przebitki ni to ze snu, ni to realnych wydarzeń, zdarzenia bez ładu, a końcówka to jest już jakaś infantylna groteska zamieniająca cherlawe dzierlatki w superheroski.

I jeszcze plakat. Wygląda jak plakat typowego filmu o nastolatkach. Na forach można przeczytać, że to również genialny zabieg, bo widzowie nastawiają się na "teen movie", a dostają "ambitne kino". Nic z tych rzeczy. Zasada jest prosta: jeśli chcesz sprzedać raz, a później sprzedać ponownie, to dotrzymuj obietnic. Więc i w tym aspekcie film Korine zawodzi: widzowie idą na film, zachęceni plakatem i wprowadzani są w błąd.

Błyskotliwa szydera? Zdecydowanie nie. Ten film powinien być jako przykład w Wikipedii po hasłem "strata 1,5 godziny życia".

  

niedziela, 26 maja 2013

#34 Man of steel



W tym filmie walczą. I walczą. I walczą. Walczą dla samego faktu walki. Walczą z tego samego powodu, dla którego pies liże obrożę, którą nosi na szyi. Dlatego, że mogą. Bo komputery są coraz wydajniejsze i pozwalają na cuda, więc można te walki pokazać bez uczucia zażenowania (tak jak dziś patrzy się na film Superman IV). A jeśli już można, to trzeba pokazać tych walk dużo i bez granic, skrępowania, czy logiki. Bo zawsze zachodziliśmy w głowę jak wyglądałby film o Supermanie, gdyby efekty specjalne posunęłyby się znacznie do przodu. Dziś mamy już tę posuniętą technikę. No to walczą. A fan-boye i nerdy się radują. Ale czego się można było spodziewać po filmie o facecie w majtkach założonych na spodnie? Otóż, biorąc pod uwagę fakt, że w przedsięwzięciu wziął udział Christopher Nolan - można było się spodziewać naprawdę wiele. Jeśli udało mu się porządnie zrealizować jeden absurdalny koncept - Batman, to dlaczego nie koncept - Superman? Poza tym trailer był naprawdę znakomity i angażujący, pełen fantastycznych ujęć.

Niestety, kiedy zobaczyłem film, okazało się, że jest duży problem z tą historią. Otóż Ziemianie wcale tego Człowieka ze stali tak bardzo nie potrzebowali. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie potrzebowali go wcale. Od ostatniej dużej wojny minęło pół wieku, więc najwyraźniej mieszkańcy Ziemi radzili sobie całkiem dobrze. Aż pojawił się Superman, paradoksalnie sprowadzając na nich zagładę. Dlatego, że prawdziwe kłopoty podążyły za naszym bohaterem, obracając w perzynę wszystko na co napotkały. Zabijając setki tysięcy istnień. Wygląda więc na to, że Kal - El przysłużyłby się światu dalece bardziej, gdyby nigdy nie pojawił się pośród nas!

Winnym całego zamieszania jest ojciec Człowieka ze stali, który przez cały film (jako jeszcze żywe indywiduum, a potem jako wirtualna projekcja) powtarza potomkowi, jak to jest on stworzony do rzeczy wielkich, oraz do tego, by poprowadził ludzkość do triumfu. Inna sprawa, że ludzkość tej pomocy nigdy nie potrzebowała. Jeszcze inna rzecz, że Superman w Man of steel nie ratuje nikogo [sic!], z wyjątkiem swojej ukochanej Lois Lane. To zdecydowanie bohater na jakiego ludzkość nie zasługiwała i jakiego tym bardziej nie potrzebowała.

To co przykuwa oko, to część ujęć, które zrealizowane zostały po mistrzowsku. Ujęć uszytych pod trailer, niekoniecznie płynnie wpasowujących się w całość. Wzornictwo stroju Kal-Ela także prezentuje wysoki poziom. Natomiast pomysły designerskie planety Krypton zaczerpnięte są bezczelnie z "Matrixa" i "Prometeusza" (np. ludzie rodzący się w inkubatorach na polach uprawnych czy maszyny wwiercające się w powierzchnię planety).

Z tym całym harcerzykiem jest problem. Filmy z Christopherem Reevesem są infantylne i podobają się chyba tylko tym, którzy w tamtych czasach byli dziećmi (ale na niebiosa - powtórzę się: obejrzyjcie dziś na poważnie Superman IV), a Powrót Supermena z 2006 roku to jeden z najnudniejszych filmów dekady. Może po prostu chodzi o to, że o ile historia o Batmanie jest w stanie się sprawdzić na dużym ekranie, bo to w końcu człowiek z krwi i kości miewający ludzkie słabości i mroczną przeszłość, to jednak opowieść o Supermanie jest czymś absurdalnym. Ten facet lata, cofa czas, strzela laserem z oczu, przenosi góry, może być jednocześnie po dwóch stronach globu. Trudno się utożsamiać z taką postacią. Nawet ostatnia scena Man of steel, w której Kal - El brutalnie niszczy satelitę śledzącą jego poczynania, po czym daje do zrozumienia armii USA, że nikt nie będzie go kontrolował - zawiera w sobie coś przerażającego. Przypomina, że Superman nie odpowiada przed nikim i może robić cokolwiek mu się podoba. A w związku z tym jest najbardziej niebezpieczną istotą na Ziemi. 



czwartek, 31 stycznia 2013

#31. Premiery 2013 (kino)





Premiery 2013 roku na które wypada rzucić okiem.

9 lutego - Inside Llewyn Davis - Bracia Coen o piosenkarzu 
22 lutego - Promise Land - Damon pozyskuje teren pod eksploatację gazu łupkowego

1 marca - Phantom - Ed Harris, David Duchovny i sowiecka łódź podwodna.
15 marca - Broken City (Władza) - Wahlberg, Crowe, Zeta-Jones - wyborna partia szachów (politycznych)

5 kwietnia - Spring Breakers - kino bez hamulców
19 kwietnia - Panaceum - Jude Law, Zeta-Jones - jak w najlepszych filmach Hitchcocka
 19 kwietnia - Oblivion (Niepamięć) - Cruise odkrywa statek obcych z kobietą na pokładzie



9 maja - Iron Man 3 - część kampanii promocyjnej Avengers 2
10 maja - Amantes pasajeros (Przelotni kochankowie) - Almodovar, Penelope, Banderas
17 maja - Wielki Gatsby - Leo u F. Scott'a Fitzgerald'a 
31 maja - Star Trek Into Darkness (W ciemność Star Trek)



6 czerwca - Trans (Trance) - James McAvoy traci pamięć i nie wie gdzie schował łup
14 czerwca - After earth (1000 lat po ziemi) - Will Smith i syn w ciekawym koncepcie
21 czerwca - Man of Steel (Człowiek ze stali) - obiecujący origin Supermana
28 czerwca - Now You See Me (Iluzja) - iluzjoniści okradają banki



5 lipca - World War Z - Brad Pitt vs zombie
12 lipca - Pacific Rim - Obsada Sons of anarchy + wielkie maszyny
18 lipca - R.I.P.D. - martwy glina R. Reynolds próbuje dopaść swojego mordercę
19 lipca - Lone Ranger (Jeździec znikąd) - Johnny Depp + Alice z Luthera na dzikim zachodzie
26 lipca - Wolverine - część kampanii promocyjnej Avengers 2

2 sierpnia - 300: Rise of an Empire
2 sierpnia - Kick Ass 2 
16 sierpnia - Elysium (Elizjum) - bogacze żyją na sztucznej stacji Elysium, a reszta na przeludnionej, zniszczonej Ziemi

2 września - To the Wonder - Affleck,  Bardem i przyjaciółka z dzieciństwa 
6 września - About time - Podróże w czasie
13 września - Machete kills 
13 września - Rush - Formuła 1: Thor vs Żołnierz Dumy Narodu
20 września - Malavita - De Niro, Pfeiffer, T. Lee Jones
26 września - The Tomb - Stallone, Schwarzenegger w więzieniu



2 października - Sin City: A Dame to Kill For
18 października - Carrie - na podstawie opowiadania Stephena Kinga

1 listopada - Last Vegas - Freeman, Douglas, De Niro, K Kline - Impreza dla ostatniego singla
8 listopada - Thor: The Dark World (Thor: Mroczny świat) - część kampanii promocyjnej Avengers 2
13 listopada - The Counselor - Scott, Fassbender, Pitt, Bardem, Penelope, Diaz
14 listopada - The Wolf of Wall Street - Scorsese, DiCaprio i giełdowe machinacje
22 listopada - Hunger Games: Catching Fire 
29 listopada - Captain Phillips - Hanks uprowadzony przez somalijskich piratów

18 grudnia - The Monuments Men - zespół znawców poszukuje dzieł sztuki zrabowanych przez Hitlerowców
20 grudnia - Saving Mr Banks - Hanks jako Walt Disney
27 grudnia - Hobbit: The Desolation of Smaug (Hobbit: Pustkowie Smauga) 


Pozostałe filmy (dokładne daty nieznane):

Lowlife - Marion C, J. Renner, Phoenix
Czerwiec - The Bling Ring - nastolatki okradają domy gwiazd Hollywood
Maj - Only God Forgives - Gosling na ringu

poniedziałek, 17 grudnia 2012

#30 Najlepsze nowe filmy, które widziałem w 2012 roku


W 2012 roku obejrzałem 188 filmów. W tym 85 w miarę nowych - z 2011 i 2012 roku. O 34-ech z nich mogę powiedzieć, że Wam nie zaszkodzą.

Coraz trudniej dziś o dobre kino.

Styczeń
  • We Need to Talk About Kevin (2011 | Dramat, Thriller | USA, GBT) - 9/10
  • Help (2011 | Dramat | Indie, USA) - 8/10
  • Piel que habito (2011 | Dramat, Thriller | Hiszpania) - 8/10
  • Artist (2011 | Dramat, Komedia, Romans Niemy | Belgia, Francja) - 8/10
  • Ides of march (2011 | Dramat, Polityczny | USA) - 7/10
  • Guard (2011 | Komedia kryminalna | Irlandia - 7/10
  • Girl with the Dragon Tattoo (2011 | Kryminał, Thriller | Niemcy, Szwecja, USA, GBT) - 7/10
Luty
  • Pearl Jam Twenty (2011 | Dokumentalny Muzyczny | USA) - 8/10
  • Margin Call (2011 | Dramat, Thriller | USA) - 7+/10
  • Albert Nobbs (2011 | Dramat | Irlandia, GBT) - 7/10
  • My Week with Marilyn (2011 | Biograficzny, Dramat | USA, GBT) - 7/10
Marzec
  • Jodaeiye Nader az Simin (2011 | Dramat | Iran) - 8/10
  • Baby są jakieś inne (2011 | Dramat, Komedia | Polska) - 7+/10
  • This Must Be the Place (2011 | Dramat, Komedia | Francja, Irlandia, Włochy) - 7/10
Kwiecień
  • Intouchables (2011 | Biograficzny, Dramat, Komedia | Francja) - 9/10
  • Better Life (2011 | Dramat | USA) - 8/10
  • Wymyk (2011 | Dramat, Sensacyjny | Polska) - 8/10
  • Adventures of Tintin (2011 | Animacja, Familijny, Przygodowy | Nowa Zelandia, USA) - 7/10
  • Young adult (2011 | Dramat, Komedia | USA) - 6+/10
Maj
  • J. Edgar (2011 | Dramat, Biograficzny | USA) - 7/10
  • Avengers (2012 | Akcja, Sci-fi | USA) - 7/10
  • Perfect Sense (2011 | Melodramat, Sci-fi | Dania, Irlandia, Szwecja, GTB) - 7/10
Czerwiec
...

Lipiec
  • Dark knight rises (2012 | Akcja, Sci-fi | USA, GTB) - 8+/10
Sierpień
  • Róża (2012 | Dramat | Polska) - 8/10
  • Expendables 2 (2012 | Akcja | USA) - 7+/10
Wrzesień
  • Ted (2012 | Fantasy, Komedia | USA) - 7/10
Październik
  • Jesteś Bogiem (2012 | Biograficzny, Muzyczny, Dramat społeczny | Polska) - 8+/10
  • Skyfall (2012 | Sensacyjny | USA, GTB) - 8/10
  • We Bought a Zoo (2011 | Dramat, Familijny, Komedia | USA) - 7+/10
Listopad
  • Et maintenant, on va ou? (2011 | Dramat, Komedia | Francja, Włochy, Liban, Egipt) - 8/10
  • Muzi v nadeji (2011 | Komedia | Czechy) - 8/10
  • Dark Knight Returns (2012 | Animacja, Akcja | USA) - 7/10
Grudzień
  • Looper (2011 | Akcja, Sci-fi | Chiny,USA) - 7/10

wtorek, 30 października 2012

#28 Dark Knight Rises

Dark Knight Rises Christophera Nolana to sprawnie zrealizowane kino akcji. Szybszy, głośniejszy, bardziej intensywny niż jego poprzednik. Muzyka pompuje emocje, narasta, co w połączeniu z wydarzeniami obserwowanymi na ekranie, sprawia, że widz jest trzymany przez większość seansu na brzegu siedzenia.

Dark Knight z 2008 roku kręcił się wokół Jokera. Właściwie od początku do końca był to film o Jokerze. Heath Ledger skradł całe show dla siebie. Natomiast ciężar DKR rozkłada się równomiernie na wszystkie postaci. Tu każdy odpowiada za jakiś element, który nadaje fabule biegu. Jest Robin, Gordon, Thalia, Bruce Wayne, Bane, Alfred, Catwoman. I wszystkie te postaci mają równorzędne oddziaływanie na tę historię.

Kiedy w 2006 roku świat obiegła wiadomość, że Heath Ledger będzie grał Jokera, w Internecie huczało od komentarzy typu: ah, nie! On się nie nadaje! Ale Ledger okazał się genialny. To samo było z Anne Hathaway, która budziła wątpliwości typu: to ta dziewczyna grająca w durnych komediach? coo??. Anne jednak, na przekór hejterskiemu grajdołowi, okazała się absolutnie zjawiskowa w roli Catwoman, choć pewnie nie ma szans na detronizację kanonicznej Michelle Pfeiffer z Batman Returns z 1992 roku. Wartym podkreślenia jest fakt, że Anne nie nosi tutaj wyzywającego kociego kostiumu, jakim raczyła nas Michelle w Batmanie Tima Burtona. Ale Nolan zdążył nas już przyzwyczaić, że w jego filmach większy nacisk kładzie na charakter postaci, niż jej kostium.

Tom Hardy w roli Bane'a jest dokładnie taki jak w komiksie Knightfall z 1993 roku, w którym złoczyńca złamał człowieka nietoperza (dosłownie i w przenośni): mocny, brutalny i piekielnie inteligentny. Można odetchnąć spokojnie, dzięki niebiosom Nolan nie zrobił z Bane'a czystej wody debila, jakim uczynił tę postać Joel Schumacher w koszmarnym, niemal slapstickowym Batman & Robin z 1997 roku. Bane Nolana sieje zniszczenie, zamęt i strach. Nie ma wątpliwości, kto rozdaje karty w tym filmie. A przy tym zręcznie unika komizmu, o który bardzo łatwo w przypadku szwarcharaktera, chcącego wprowadzić w życie diabelski plan unicestwienia całego miasta. Nie przeszkadza nawet jego przepuszczony przez przetwornik, nienaturalny głos, z którego śmieje się pół hejterskiego środowiska.

W filmie można dopatrzeć się pewnej dwubiegunowości, w której po jednej stronie są emocje, a po drugiej fabuła. W związku z czym zrozumiały jest podział widzów na dwa obozy. Pierwszy zasilają widzowie otwarci na głębokie, intensywne emocje. Drugi obóz - odbiorcy w sposób techniczny analizujący błędy fabularne. Jedni powiedzą: "Hmm, to było świetne i głębokie". Drudzy: "to było głupie i nie miało najmniejszego sensu". Trzeba przyznać, że logika nie zawsze ma tutaj sens, ale w filmach Nolana zawsze bardziej chodziło o emocje. W gruncie rzeczy, jeśli rdzeń filmu jest oparty na emocjach, to cała obudowa filmu złożona z efektownych, acz bezsensownych błędów logicznych schodzi na dalszy plan. Nie jest tak ważna jak w przypadku filmu, w którym to efekciarska obudowa jest rdzeniem. We współczesnym kinie superbohaterskim brakuje filmów, w których wydarzenia mają głębsze znaczenie, dlatego błędy fabularne są wybaczalne w pewnych rodzajach filmów, w których ten rdzeń w ogóle występuje, np. interesująca historia lub podłoże emocjonalne.

Dark Knight Rises nie jest więc filmem, w którym najważniejsza jest logika rozwiązań fabularnych. To jest film o tym jak pokonany i upokorzony Mroczny Rycerz podnosi się, pokonuje swoje ograniczenia, by na końcu odnieść zwycięstwo. Pięknie wieńczy też całą trylogię. W Batman Begins oglądamy małego Bruce'a, który wpada do studni pełnej nietoperzy i spogląda przerażony w niebo widoczne z jej dna. Wizja wydostania się z pułapki jest bardzo odległa, a strach jest wszechogarniający. Wiele lat później Bruce znów musi się zmierzyć z podobną sytuacją, by wydostać się z więzienia konstrukcyjnie podobnego właśnie do tamtej studni z dzieciństwa.

Dlaczego upadamy? - pyta Alfred małego Bruce'a Wayne'a w Batman Begins. - Abyśmy mogli lepiej nauczyć się podnosić - dopowiada po chwili.

Wspaniały sposób na spięcie klamrą całej tej opowieści.

8/10

niedziela, 30 września 2012

#27 Jesteś Bogiem



Kilka rzeczy przyszło mi do głowy po seansie długo przeze mnie wyczekiwanego Jesteś Bogiem Leszka Dawida. Po pierwsze to, że pokolenie moich rodziców nie zrozumie tego filmu w sposób, w jaki rozumieją go moi rówieśnicy. Przepaść jest zbyt głęboka, więc Magik pozostanie dla nich tylko ćpunem, któremu się we łbie poprzewracało, więc skoczył z okna po zarobieniu paru złotych z rapowania debilnych i wulgarnych zwrotek. Dostrzegam jednak pewną zabawną powtarzalność dziejową. Mam oczywiście świadomość, że porównania za moment użyję bardzo górnolotnego, ale mimo to uważam, że warto w tym przypadku uciec się do przesady. Otóż dla pokolenia moich rodziców (rocznik 1960) Paktofonika to takie same ćpuny grające dekadencką muzykę dla wykolejeńców, jak The Beatles... dla pokolenia rodziców moich rodziców:) Przecież John Lennon i reszta przećpali w życiu kilka ciężarówek narkotyków, ubierali się szokująco dla ówczesnego świata, fryzury nosili (jak na tamte czasy) niechlujne, obnosili się bezczelnie, a słownictwa także używali mało obyczajnego. A muzyka? Hałaśliwa, nie przypominająca w niczym tego, czego słuchało się w czasach młodości moich dziadków. Beatlesi na świecie zresztą, podobnie jak Paktofonika w Polsce, przetarli szlak wykonawcom grającym podobną muzykę. I dokładnie to samo zrobili chłopcy ze Śląska, będąc nagrodzeni za swoją do bólu autentyczną twórczość Frederykiem. Jedną z ważniejszych nagród rodzimej fonografii. To był wielki przełom. Udało im się zmienić kijem bieg rzeki. To samo co, oczywiście na dużo większą skalę, udało się Beatlesom. Oczywiście nie zamierzam się w żadnym sensie ze starszym pokoleniem kłócić, udowadniać im, że PFK to przecież jest sztuka wysoka, że oh i ah, starzy nie rozumieją, bo zacofani. Nie. Głupstwem byłyby takie próby. Kłótnie międzypokoleniowe zawsze były i będą najbardziej bezsensownymi czynnościami na Ziemi. I podobnie moje pokolenie w przyszłości nie zrozumie pokoleń nadchodzących. Już mam pewne trudności obserwując to, czego słuchają 15-latkowie;)

Druga rzecz przychodząca mi do głowy po seansie Jesteś Bogiem jest taka, że każde pokolenie ma swój hymn, i jeśli piosenka Jestem Bogiem ma być hymnem dla tych, którzy jako pierwsi dorośli w autonomicznej Polsce, to najwyraźniej taki jest znak czasu. Mnie muzyka Paktofoniki towarzyszyła dość szeroko na początku wieku (jak to dobrze brzmi!) i przyznam, że znakomicie słuchało się tych bitów i tekstów, mimo że ja za hip-hopem wcześniej nie przepadałem i dziś nadal nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nic poza Paktofoniką (i jej pochodnymi). Oni mieli w twórczości coś zawartego ponad podziałami muzycznymi, jakiś uniwersalny przekaz. Wyjątkową energię i autentyczność. Wygląda na to, że jeśli masz je w sobie, to nie ważne co byś w życiu robił, to w końcu się przebijesz. Ludzie łakną autentyczności i silnych emocji, a w muzyce Paktofoniki słychać było, że rapowali tak, jakby robili to po raz ostatni w życiu.

Znam jak Ty te noce nieprzespane
By nad ranem
Zawikłane kwestie podejść z nowym
Planem jak z taranem
Dokładnie znam to
Mam te same
Myśli skołatane
Znam to, jest mi znane uczucie z tym związane
Co jest grane?
Marzenia niewypowiadane
Zapominane bo nie doczekałem się na zmianę
Przekonanie
Że po którymś ciosie się nie wstanie
Co jest grane?
Czasem głupie pytanie, nie?



Mnie się udało Rahima, Fokusa i Maćka Pisuka (autora scenariusza) poznać osobiście. Z Rahimem robiłem wywiad przy okazji jego trasy z L.U.C-em (promując płytę Homoxymoronomatura). Poza tym, organizowałem też spotkanie w Empiku z Maćkiem Pisukiem, Fokusem i oczywiście Rahimem przy okazji wydania książki "Paktofonika. Przewodnik Krytyki Politycznej". Pomagałem też chłopakom zorganizować koncert promujący tę książkę. Miałem okazję kilka razy rozmawiać z Maćkiem Pisukiem również o filmie, który miał dopiero powstać. Kiedyś, podczas ponad godzinnej rozmowy, opowiadał mi o tym jak książka ma któregoś dnia posłużyć za scenariusz filmowy i jak trwają poszukiwania środków na realizację filmu. Wówczas usiłowałem podsunąć Pisukowi reżysera Grzegorza Lipca ze Sky Piastowskie i temat oboje podchwycili, bo Grzegorz jest fanem Paktofoniki, a Maciejowi nie obca była twórczość filmowa Sky. Niestety do współpracy nie doszło, gdyż scenarzysta był już związany pewnymi zobowiązaniami i tak reżyserem został Leszek Dawid. Koniec końców uważam, że wyszło na dobre, że to nie Lipa zabrał się za historię Paktofoniki, bo obawiałbym się, że charakterystyczny styl Grzegorza przejąłby kontrolę nad dziełem i poprowadził całość w niebezpieczne rejony.

(...) Życie diametralnie inne niż to na ekranie
Walka o przetrwanie
(...) Wprowadza mnie w stan gdzie jest zdecydowanie
Za dużo sytuacji które szybko nużą
Za dużo ruchów które niczemu nie służą
Dużo za dużo akcji które wszystko burzą
Które źle wróżą
Tak jak cisza przed burzą
(...)


A może Lipiec zrobiłby film, jakiego wielu oczekiwało, czyli oparty o wiwisekcję psychologiczną głównego bohatera, z większym naciskiem na proces jego uzależnienia i zabrnięcia w uliczkę, z której nie było już odwrotu? I tu dochodzę do trzeciej rzeczy, która przyszła mi do głowy po seansie. Dobrze się stało, że film przybrał taką postać, jaką zobaczyliśmy na ekranach. Nie wchodźmy Magikowi do głowy. Z filmu dowiadujemy się dokładnie tyle, ile wiadomo z przekazów jego bliskich, rodziny, przyjaciół, współpracowników i mediów. Ani mniej, ani więcej, i niech tak zostanie. Maciej Pisuk zrobił kawał dobrej roboty przygotowując najpierw książkę, a później scenariusz filmowy. Spędził wiele miesięcy z ludźmi z bliższego i dalszego otoczenia Magika, wiele godzin rozmów, ogromne ilości bajtów danych zapisanych na nośnik. Wreszcie z końcowego efektu bardzo zadowoleni są Rahim i Fokus, a to moim zdaniem bardzo dobra wiadomość dla twórców. Aby zadowolić tych, którzy kręcili nosem po seansie, należałoby wiele rzeczy po prostu zmyślić, wyciągnąć wyssane z palca wnioski, które kompletnie mogły nie pokrywać się z rzeczywistością. Dlaczego Magik się zabił? Niech pozostanie to jego tajemnicą. Zresztą film pozostawia widzowi szerokie pole interpretacji, kilka razy delikatnie akcentując ten bolesny aspekt.

Trzeba było myśleć gdy
Po fakcie łzy zalały ci oczy
I tak przez siedem dni
Gdzie ten sen się śni
Tak więc witam Cię dniu z poziomu fotela
Z wnętrzy M3
Witam cię, dniu niewdzięczny
Tu po tej drugiej złej stronie tęczy
Witam bez kwiatów naręczy
Bez zastrzeżeń
Dzień, który przede mną piętrzy
Jeszcze większy
Cień nad światem wewnętrznym
Witam, choć z dnia na dzień bardziej niezręczny
Jest tenże gest nikt mnie nie wyręczy
(...)


Jesteś Bogiem to znakomita ilustracja tamtych czasów. Chyba każdy ma wujka lub ojca, który odpowiadał na wszystkie pytania programu TVP Jeden z dziesięciu, łaknąć oczami pochwał po każdej poprawnie udzielonej odpowiedzi. Wielu też zna sytuację, kiedy to leciał w TV ulubiony program, a trzeba było w tym czasie być gdzieś indziej, więc ustawiało się nagrywanie w odtwarzaczu wideo na konkretną godzinę. Oczywiście informując wszystkich domowników, aby nie dotykali telewizora! Takich smaczków można wychwycić w tym filmie dziesiątki. I na koniec aktorzy. Nieznani, młodzi, doskonale przygotowani do roli. Marcin Kowalczyk, Tomasz Schuchardt i Dawid Ogrodnik idealnie odrobili lekcje. Mimo różnic aparycji w stosunku do oryginałów, mimika, styl mówienia, gesty są na właściwym miejscu i stoją na naprawdę wysokim poziomie. Szczególnie wielkie wrażenie robi Marcin Kowalczyk recytując zwrotki "Kalibra 44" na klatce schodowej, tłumacząc Rahimowi, żeby dawał z siebie wszystko na scenie, oraz moment w którym ekranowy Magik występuje solo przed publiką, która wygwizdała pierwszy występ Paktofoniki na żywo. Nawet jeśli wszyscy już w ciebie zwątpili, pokaż, że się mylili - recytuje w natchnieniu Kowalczyk. Te wszystkie Koty, Adamczyki i wiele innych tuzów polskiego kina, powinno natychmiast zakończyć kariery ze wstydu, że ta trójka młodzieńców pobiła jednym występem cały ich aktorski dorobek!

Chcesz też uwierz
Ja dostarczę Ci tarczę
Może nie wystarczę
Ale będę tuż obok
Prócz ciebie nie ma mnie dla nikogo


8/10

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

#26 Prometeusz

mmopole.pl


Odkąd twórcy kina władają najnowocześniejszą techniką budowania światów i przedstawiania ich w najbardziej (nie)wiarygodny sposób, wszystko podawane jest widzowi na tacy. Odkąd wszystko, co tylko wymyślą może się pojawić na ekranie z dbałością o precyzję każdego szczegółu, nie muszą już ukrywać mankamentów w cieniu, grać światłem i emocjami bohaterów.

Paradoksalnie, takimi zabiegami budowano napięcie i atmosferę tajemnicy w filmie Alien z 1979 roku. Bestia pojawia się na ekranie na kilka urywków sekund. Widzimy ją być może raz, dwa razy. Resztę uzupełniają klaustrofobiczne pomieszczenia, strach przed nieznanym złem, garstka ludzi, którzy wierzą aż do ostatniej chwili, że są jeszcze w stanie kontrolować sytuację. Inna rzecz, że seria o obcych była w zamierzeniu po prostu rozrywką - horrorem z elementami kina akcji, bez pretensji do bycia czymś więcej. Prometeusz Ridleya Scotta ma wyższe aspiracje. Chce odpowiadać na filozoficzne pytania - skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Pragnie obalić podejścia ewolucjonistów i kreacjonistów jednym kamieniem. Dowiadujemy się w końcu, że te same istoty, które stworzyły ludzkość tysiące lat temu, teraz chcą tę ludzkość uśmiercić za pomocą broni biologicznej, której nawet sami nie potrafią kontrolować. Dlaczego chcą nas zgładzić? Czy stworzenie nas było błędem? Nie wiemy. Dostajemy więcej pytań niż odpowiedzi. W sumie odpowiedzi nie dostajemy żadnych. W zamian, na koniec, dostajemy środkowy palec: " chcecie odpowiedzi? Wróćcie do kina na kolejne części".

W tym filmie wiele rzeczy jest nie tak. Przede wszystkim stare pomysły przepuszczono przez maszynkę do mięsa, podrasowano efektami komputerowymi i poddano gruntownemu recyklingowi. To wszystko już było, i było zrobione dużo lepiej. To tak jakby stary pomysł opakować w nowe pudełko z masą bajerów i holograficznymi projekcjami. To nic, że piękne zdobienia rozwalają się już po kilkunastu minutach. To nic, że film ma dziury, a rozwiązania fabularne są naciągane i momentami po prostu śmieszne. Całość sprawia wrażenie, jakby Scott oryginalnie przygotował o wiele dłuższy film, trwający kilka godzin i dopiero wytwórnia przycisnęła go, by rzecz skrócił do formatu kinowego. Dlatego wiele wątków jest niewyjaśnionych, a całośc przypomina zbitkę przypadkowych pomysłów. Może kiedy wyjdzie Director's Cut, nagle się okaże, że to wszystko ma sens?

Mimo wszystko, nowy film Ridleya Scotta to ciekawa rozrywka (jeśli uodpornić się na bzdury i dziury). Zobaczcie choćby dlatego, że projekt jest doskonale wykonany wizualnie. Miło jest znów przespacerować się po znanych miejscach - statku kosmicznym czy obco-wyglądających jaskiniach. Zobaczyć genialną robotę szwajcarskiego surrealisty H.R. Gigera, który znów spisał się wyśmienicie. Kiedyś, jeden z muzyków Emerson, Lake and Palmer, powiedział o nim, że to taki gość, u którego w domu nawet nie jesteś w stanie spokojnie skorzystać z wychodka, bo obawiasz się, że ze za moment coś wyjdzie ze ściany i cię zdławi... Co jeszcze..? Hmm. Na pewno wyborny popis Michaela Fassbendera, grającego androida Davida. Pozostałe postaci są raczej jednowymiarowe. Tak, nawet Noomi Rapace i Charlize Theron! Poza tym, Prometeusz (biorąc pod uwagę uniwersum Aliena)  jest o wiele lepszy od AVP i AVP2. Choć w sumie... 8latek wyreżyserowałby lepsze filmy niż Anderson, więc to właściwie żaden argument. Wygląda na to, że szukam na siłę pozytywów, bo przez dłuższy czas po wyjściu z kina trudno mi było przyznać przed sobą, że nie było tak, jak sobie wyobrażałem że będzie.

Największy problem Prometeusza jest taki, że próbuje odpowiedzieć na pytania, które Ridley Scott postawił trzy dekady temu. Czym jest obcy? Kim są jego twórcy? Skąd pochodzą? Co chcieli osiągnąć? Od tego czasu kilka pokoleń zdążyło odpowiedzieć na te pytania na własny sposób za pomocą WYOBRAŹNI, czyli tego, na co wydaje się nie być już miejsca we współczesnym kinie sci-fi. Powstało tysiące fanowskich publikacji nawiązujących do Ósmego pasażera Nostromo. Obcy stał się inspiracją dla wielu. Patrząc choćby na to dziedzictwo, łatwo jest odświeżyć starą jak świat konkluzję: niektóre rzeczy powinno się po prostu pozostawić w spokoju, i w takim kształcie, w jakim funkcjonowały w wyobraźni kilku pokoleń.

6/10

piątek, 27 lipca 2012

#25 The Amazing Spiderman

cdn.screenrant.com

The Amazing Spiderman Marca Webba to ekranizacja komiksu, do realizacji której zatrudniono prawdziwych aktorów. To doprawdy niecodzienny zabieg. Stereotyp głosi, że amatorzy komiksów nie chodzą do kina by podziwiać grę aktorską. Chcą strzelanin i bijatyk. I wspaniałych efektów specjalnych. Aktorzy mogli by, równie dobrze, być wygenerowani przez komputer. Na przekór temu, w filmie Webba, sceny rozmów Emmy Stone i Andy'ego Garfielda są wspaniałym popisami. Pełne doskonałej mimiki, zawieszeń, wstydliwości, zakłopotań, nieśmiałych westchnień, ukradkowych uśmiechów i spojrzeń wyrażających więcej niż słowa. Po prostu wszystkiego tego, co można zobaczyć na twarzach dwójki prawdziwych młodych ludzi z krwi i kości.

I to jest najmocniejsza strona tego filmu. Na drugim miejscu plasują się efekty specjalne. Nawet przez chwilę nie można się dopatrzeć pracy komputera. I tylko logika podpowiada, że trzy-metrowa jaszczurka grasująca po nowojorskich ściekach nie może się dziać naprawdę. Podobnie jak facet w czerwono-niebieskim trykocie szybujący ponad dachami budynków.

Rozwiązania fabularne są bardzo nierówne. Fantastyczną sceną jest ta, w której Peter dostaje lanie od Flasha Thomsona - ciosy są tak realistyczne, że czujemy jakbyśmy właśnie dostali w pysk. Spiderman oberwie w trakcie filmu jeszcze wiele razy, zbierze kolekcję siniaków, ran, a nawet dostanie kulkę. Twórcy starają się zachować logikę praw fizyki, na tyle, na ile to możliwe w uniwersum Marvela. Z kolei dziwną logiką posługują się niektóre postaci w tym filmie. Kiedy ugryzienie pająka daje Peterowi nadludzką moc, chłopak może bez problemu odpłacić się Thomsonowi. Sposób w jaki Parker upokarza niedawnego prześladowcę jest zrealizowany okropnie i przesadnie. Chłopak popisuje się przed całą szkołą nadludzkimi umiejętnościami i kompletnie nikt nie zadaje żadnych pytań. Dwudziesto-metrowy skok z piłką i zdemolowanie połowy sali gimnastycznej to na pewno coś, co jest na porządku dziennym. Wzruszamy ramionami i wracamy do zajęć. Dziur w scenariuszu jest więcej, ale wymieniać można do rana, a ja mam inne rzeczy do roboty;)

Naturalnie, jak w każdym filmie o superbohaterach, najlepszym fragmentem jest nauka jak być Człowiekiem Pająkiem. Początki są oczywiście niezdarne, pełne eksperymentów, prób i błędów. Parker biega po mieście w prototypie stroju pająka i bije oprychów. Nad tym wszystkim unosi się tajemnica śmierci rodziców Parkera oraz smutne wydarzenie - morderstwo wuja Bena, które jest katalizatorem decyzji Petera o zwalczaniu przestępczości.

Finał jest bliski banału. Powtarza się wytarty schemat - wybitny naukowiec poświęca się swojemu dziełu tak dalece, że zostaje przez nie pochłonięty do szaleństwa. Tym razem w obsesję popada doktor Curt Connors, pragnący zrekonstruować utraconą w wypadku rękę, za pomocą genów jaszczurki. Nie trzeba być znawcą komiksów Marvela, żeby domyślić się co będzie dalej. Connors mutuje w Lizarda i wprowadza w życie złowieszczy plan - zamienić wszystkich mieszkańców NY w gady. Pomóc ma mutagen rozpylony z najwyższego budynku w mieście. Podobnym finałem kończy się Batman, Batman Begins, X-Men i wiele innych. Eh. Wymyślcie coś nowego!

Filmowi daleko do ideału, twórcy permanentnie chodzą na skróty, wiele rozwiązań jest po prostu wygodnych dla scenariusza, przez co mało logicznych nawet w świecie Spidermana. Niemniej, można wybaczyć. To w końcu ekranizacja komiksu, a ściślej - komiksu o Spidermanie, gdzie rozwiązania typu Deus Ex-Machina widywać można było za każdym rogiem, czarne charaktery miały zawsze te same motywacje, a postaci wracały z martwych od tak, kiedy tylko było to wygodne dla twórców. Jeśli więc oryginał, na podstawie którego powstał film, obiera pewną konwencję, to ciężko mieć pretensje, że ekranizacja nie przyjmuje innej. Nawet Nolanowi (twórcy Batmana) nie udało się uciec od banałów. Najwyraźniej bez nich nie da się opowiedzieć superbohaterskiej historii.

6/10

poniedziałek, 4 czerwca 2012

#22 Avengers


1.bp.blogspot.com

Ekranizację Avengers można było zepsuć na tysiąc sposobów. Reżyser filmu, Joss Whedon zajmował się wcześniej znacznie mniejszymi projektami, np. Buffy: Postrach Wampirów. Już taka wiadomość wystarczyła by przygotować się na najgorsze. Niemniej Avengers zrobiono najlepiej jak się dało.

Fabuła

Tak prosta jak to konieczne dla filmu o superbohaterach. Źli chcą zniewolić ziemię, więc dobrzy muszą ją obronić. Żadnego dorabiania ideologii na siłę. Avengers jest czystą akcją i tak należy ten film odbierać. Dodać wypada, że akcja jest tutaj podana z klasą. Setkę elementów, które widzimy na ekranie wyważono z mistrzowskim wyczuciem. Całość zasuwa jak pociąg towarowy.

Postaci

Wyraziste charaktery Iron Mana, Kapitana Ameryki, Hulka i Thora zajmują na ekranie porównywalną ilość czasu. Uzupełniają się. Fanboye każdego z bohaterów będą więc zachwyceni w równym stopniu. Na Avengers można patrzeć jak film, któremu przygotowano najdroższy hype na świecie. Każda z postaci gościła wcześniej na dużym ekranie w tzw. "originach", gdzie widz poznał początki każdego z herosów. Dlatego kiedy czterej znani bohaterowie lądują w jednym obrazie kinowym, to nie pozostaje zbyt wiele do dodania. Sukces jest murowany, i widać to świetnie choćby po 700 milionach dolarów zarobionych w jeden weekend. Do tego zestawu nie bardzo pasują jednak Hawkeye i Czarna Wdowa. Twórcy filmu niezbyt przekonująco starają się udowodnić, że zwykły człowiek jest w stanie dorównać Kapitanowi Ameryce i reszcie. W efekcie postaci grane przez Scarlett Johansson i Jeremy'ego Renner'a pałętają się pod nogami, a ich przydatność jest mocno wątpliwa.

Dialogi

Bohaterowie niemal nieustannie się kłócą, a ich docinki są naprawdę dobrze napisane i całkiem zabawne. Serio. Nawet przez moment nie czuć zażenowania w związku z kiepskim dialogiem.
  
Brak debilnego "comic relief"

Oszczędzono nam bohatera, którego zadaniem byłoby zdobycie serc małych dzieci. Obowiązkowo taka postać jest zawsze żenująco-slapstickowo niezdarna (bo to bawi małe dzieci!). Za to wielki plus dla twórców.

Brak wątku miłosnego

Na ekranie dzieje się tyle, że na "love interest" po prostu nie ma czasu ani miejsca. I to doskonała wiadomość dla widzów. Miłości herosów są na ogół wymuszone, naciągane i mało wiarygodne. Poza tym ukochane są traktowane bardzo przedmiotowo - są tylko kolejnym pretekstem do pchania akcji na przód (zły porywa oblubienicę, a bohater ratuje ją z opresji).

Realistyczna logika

Pomijając fakt, że film jest o ludziach, którzy posiedli supermoce, rzucają samochodami i przemieszczają się pomiędzy wymiarami - logika jest na swoim miejscu. Dobrym przykładem jest scena walki Thora z Hulkiem, kiedy syn Odyna wzywa swój magiczny młot, by spuścić łomot zielonemu barbarzyńcy. Broń jednak nie przylatuje do niego od razu, a dopiero po kilkudziesięciu sekundach. Chris Hemsworth musiał zapewne zostawić oręż gdzieś po drugiej stronie olbrzymiego statku "Tarczy". Niby detal, ale to właśnie z nich budowane są porządne filmy.

Sequel

Część druga powstanie na pewno i prawdopodobnie pobije rekord części pierwszej. Zapewne skład drużyny będzie inny - pamiętajmy, że w podstawowej czwórce Avengers byli Spiderman, Wolverine, Thor i Kapitan Ameryka. Wspaniale byłoby widzieć w takim filmie dwóch pierwszych. Jest to o tyle pawdopodobne, że w tym roku w kinach zobaczymy The Amazing Spiderman a w przyszłym - sequel Wolverina.

7/10

czwartek, 12 kwietnia 2012

#20 Filmy lutego - część 2

cdn2.dailycaller.com


Druga część zestawienia filmowego w lutym.

18 lutego
Albert Nobbs (2011) - 7/10 - Inteligentnie zrealizowane kino z drobiazgową konstrukcją postaci. Opowieść o kobiecie w przebraniu mężczyzny, która spędziła życie próbując wtopić się w tłum, pozostać niezauważoną. O kobiecie zaprzeczającej swej prawdziwej tożsamości - by przetrwać. Glenn Close idealnie pasuje do roli. Jej Alfred jest drobny, delikatny, wrażliwy, introwertyczny. Ponad wszystko jednak silny, znoszący wiele upokorzeń, bo wyobraża sobie, że na końcu tego tunelu musi być światło. Na twarzy aktorki wykonano gruntowną charakteryzację (do tego stopnia, że jest prawie nie do poznania), ale Close gra przede wszystkim oczami. Czuć w jej spojrzeniu smutek, ból, lęk, a także nadzieję. Spojrzenie pozostaje w naszych głowach jeszcze długo po seansie. Kapitalnie wypadają też postaci drugoplanowe, grane przez Janet McTeer oraz Mię Wasikowską. We współczesnym kinie mało jest okazji podziwiać na ekranie prawdziwych ludzi. Jeśli pasjami zwykliście delektować się aktorstwem na fantastycznym, doskonałym poziomie - sięgnijcie po ten film.

Wojownik - Warrior (2011) - 5/10 - Multinominowany do zeszłorocznych Oscarów "Fighter" potrafił wciągnąć nawet widza nie znoszącego banalnego tematu bokserskiego. "Warrior" nie idzie w te ślady. Z resztą, twórcy filmów o bokserach z gruntu skazani są na przewidywalność i powtarzalność. Nawet przed obejrzeniem "Wojownika" można bez pudła powiedzieć jak będzie. Niedoceniony, zapomniany bokser na którego nikt nie liczy dokonuje cudu i wygrywa ważną walkę. Najczęściej wygranie tej walki może zmienić życie jego i całej rodziny, więc stawka jest wysoka. Anglicy powiedzą: cliché. My powiemy raczej: banał (klisza?). Tak jest za KAŻDYM razem, gdy idzie o kino bokserskie. Różnice są w otoczce. Tym razem były żołnierz marine powraca do rodzinnego domu. Zabiegając o wsparcie ojca, byłego alkoholika i trenera, postanawia wziąć udział w turnieju MMA. Tymczasem jego brat ledwo wiąże koniec z końcem. Gdy zostaje zawieszony w pracy - powraca na amatorski ring, by zapewnić byt rodzinie. Pytanie się nasuwa samo - po co robić kolejne filmy o tej tematyce? Wiadomo, gdyby to był mój pierwszy boxing-movie, zachwyciłbym się historią. Ale w 1976 roku John G. Avildsen nakręcił Rocky'ego. Pamiętacie?

19 lutego
Hugo i jego wynalazek - Hugo (2011) - 6/10 - Film Scorsese jest wizualnie przepiękny. Szkoda, że reżyser zapomniał dodać do tego równie przekonującą historię. Hugo jest obrazem wzniosłym, zbyt jednak zachowawczym by być dobrą rodzinną rozrywką. Momentami zwyczajnie nuży. Nie do końca wiadomo też jaki był zamysł, bo rzecz wydaje się być zbyt dojrzała jak na kino dla dzieciaków i zbyt kreskówkowa jak na kino dla dorosłych. W jednej chwili widzimy fantazję, w której księżyc jest większy niż wieża Eiffla, a chwilę później sprawy nabierają realizmu - przedstawia się nam biografię jednego z pionierów kina. Wielkim plusem są fragmenty stuletnich filmów George'a Melies'a zaprezentowane w sposób, jakby były stworzone wczoraj. Internet zaś huczy od skrajnych ocen - albo dziesiątki albo jedynki. Żadnych piątek czy szóstek. Wygląda na to, że nie można przejść obok niego obojętnie.

24 lutego
 Planeta Małp - Planet of the apes (2001) - 4/10 - Remake filmu, który nie potrzebował remake'u. Szczególnie boli, że nową wersję stworzył Tim Burton. To dowód, że facet jednak potrafi robić przeciętne filmy. Nie powiem "złe", bo rzecz ogląda się wprawdzie bezrefleksyjnie, ale znośnie. Postaci są papierowe a dialogi płytkie. Wiele rozwiązań jest naciąganych lub zwyczajnie wygodnych dla scenariusza. Np. dlaczego ktoś miałby wysyłać małpę do zbadania burzy energetycznej? Jeśli to takie interesujące, anormalne zjawisko, szalenie istotne z perspektywy prowadzonych badań, dlaczego nie wysłać człowieka? Szczególnie, że gdy małpa znika bez odpowiedzi, to w jej ślad, tak czy inaczej, zostaje wysłany Mark Wahlberg. Nie można było przewidzieć, że tak to się skończy? Wersja Tima Burtona w wielu miejscach znacznie odbiega od oryginału z 1968 roku. Brakuje też słynnej szokującej sceny zamykającej tamten film. Co na plus? Fantastyczna charakteryzacja.

25 lutego
Mój tydzień z Marilyn - My week with Marilyn (2011) - 7/10 - Zawiodą się ci, którzy oczekują po tym filmie skandali, ekscesów, demolowania hotelowych pokoi i ognistych scen miłosnych. Oglądamy tutaj Marilyn poza fleszami i przy zgaszonych światłach. Marilyn bardziej prywatną, wyciszoną, zmęczoną całym wykreowanym wokół niej szaleństwem. Twórcy prezentują różne punkty widzenia. Czy była bystrą, drapieżną kobietą mającą wpływ na odbiór jej postaci oraz odcinającą kupony? A może była smutną, uzależnioną od sławy ofiarą? Czy też zwyczajną dziewczyną poszukującą miłości i szczęścia, które zostały wykolejone przez jej status gwiazdy? Reżyser i scenarzysta przedstawiają wszystkie te interpretacje odmawiając udzielania odpowiedzi.

Bez reguł - Unthinkable (2010) - 6/10 - Samuel L. Jackson jest w swoim żywiole. Bije, krzyczy, przeklina, torturuje. W kieszeni ma swój ulubiony portfel z napisem "Bad Motherfucker". Właściwie dzięki jego występowi tak dobrze ogląda się ten film. I można nawet przymknąć oko na dziury w logice czy kpinę z widza (zagrożeniem są trzy bomby atomowe, które Yusuf Atta Mohamed skonstruował w domu!) oraz na litry poprawnie politycznej papki jaką twórcy wylewają nam na głowy podczas seansu. W gruncie rzeczy sugeruje się nam, że jedynym sposobem na uratowanie świata są brutalne tortury. A może zadziała prostszy sposób: "nie zabijajcie ich, to oni przestaną próbować zabić was"? Tak czy inaczej twórcy przedstawiają rząd USA w niekorzystnym świetle. Torturowanie ludzi budzi oczywiste kontrowersje bez względu ile istnień ludzkich dzięki temu można ocalić. Może dlatego "Unthinkable" nie miało zbyt spektakularnej promocji, mimo gwiazdorskiej obsady.

wtorek, 27 marca 2012

# 18 Filmy lutego - część 1

Małe podsumowanie lutego. Pierwsza połowa miesiąca.


11 lutego
Szpieg - Tinker, Tailor, Soldier, Spy - (2011) - 6/10 - Odbiór filmu bardzo zależy od nastawienia. W założeniu mamy do czynienia z kinem szpiegowskim, a więc oczekiwać należałoby pościgów, ciosów, wybuchów, strzelanin, większej ilości ciosów i romansu. Tymczasem dostajemy precyzyjną i realistyczną historię wywiadu, gdzie pada jeden strzał z pistoletu. Reszta to zmagania między stronami konfliktu, które nie wymagają efekciarstwa. Cóż, praca w IM6 prawdopodobnie właśnie w ten sposób wyglądała. Nikt do nikogo nie strzelał z orbity, nie było ratowania świata każdego dnia. Więc jeśli się nastawiło na takie właśnie kino, można wyjść z seansu w pełni usatysfakcjonowanym. Szczególnie, że obserwacja Garego Oldmana (nominowany w tym roku do Oscara) na ekranie, to prawdziwa przyjemność.

Strasznie głośno, niesamowicie blisko - Extremely Loud and Incredible Close (2011) - 4/10 - Dłuższy tekst można przeczytać tutaj.

12 lutego
Saga "Zmierzch": Przed świtem Część 1 - Twilight Saga: Breaking Dawn Part 1 (2011) - 3/10 - Rozwleczony do granic możliwości. Wszystko przez to, że zakończenie sagi należało rozbić na dwie części, by wydobyć z kieszeni widzów jak największą ilość szmalu - druga okazja już się może przecież nie wydarzyć. Dlatego film przez godzinę jest zwyczajnie nudny. W tym czasie obserwujemy miesiąc miodowy zakazanej pary wampirów. Ten czas można było swobodnie zamknąć w kwadransie bez straty dla fabuły! Mniej więcej po tej wymęczonej godzinie - pierwszy raz myślimy (lub krzyczymy na całą salę kinową, po czym wyprasza nas obsługa) - WHAT THE FUCK??!! Jeśli jednak obsługa nas nie wyprosiła, bo oglądamy w domu, to ta sentencja towarzyszy nam już do końca. Przede wszystkim seria "Zmierzch" to mają być w zamyśle filmy dla dzieci! Moja 13 letnia siostra mogłaby być fanką serii, gdyby tylko nie stwierdziła, że rzecz jest okropnie emo, słaba i to nie dla niej. Więc jeśli targetem serii są dzieci i młodzieży do 16 lat, to dlaczego w drugiej części filmu fundują nam GORE (?!) oraz masę obrzydliwości. Nie no jasne, to nic w porównaniu z "Piłą", ale nie zapominajmy, że to miało być dla DZIECI!?  Nie będę się zagłębiał w fabułę - nie dlatego, że to spoiler, ale dlatego że tu nic nie ma zafajdanego sensu i po prostu nie wiedziałbym od czego zacząć. To jest dziwny film, moi drodzy. Mając w pamięci poprzednie - możecie się baaardzo zdziwić.

16 lutego
Chciwość - Margin Call (2011) - 7/10 - Film może nie jest jakiś rewolucyjny, nie wymyśla też prochu, ani nie daje nam innego kąta patrzenia na cokolwiek, ale bardzo bardzo przyjemnie się ogląda. W skrócie chodzi o to, że wielki moloch robi wyprzedaż na chwilę przed nadejściem kryzysu. Twórcy filmu litują się nad nami do tego stopnia, że nomenklaturę ekonomiczną przetwarzają przez postać szefa korporacji (Jeremy Irons), który każe Spockowi (Zachary Quinto) wytłumaczyć jak krowie na rowie co się u diabła dzieje. Przyznaje też, że to nie znajomość słownika oraz teorii ekonomicznej przyniosły mu to stanowisko. Co natomiast przyniosło? Tego nie mówi, ale przyznać trzeba, że rozwiązanie jest bardzo wygodne z perspektywy widza. Dostajemy więc esencję problemu. Ktoś dał komuś za dużo, mając w istocie za mało, itp, itd. Nie ważne. Ważne jest natomiast, że teraz trzeba będzie po cichu pozbyć się derywatów kredytowych (ha, miało się ekonomię na studiach 8) - no dobra, przepisałem z googla), które są nic nie warte. Najmocniejszą stroną filmu są aktorzy: Jeremy Irons, Kevin Spacey i wspomniany Spock. Spock jest jak zwykle najbystrzejszy. 

środa, 21 marca 2012

#17 Mirror, mirror


"Królewna śnieżka" Tarsem'a Singh'a to taki film klasy B zrobiony za kasę filmu wysokobudżetowego. Nosi wszelkie braki B-movie, a więc kiepski scenariusz, przesadę, bezradność i tandetność. Mam wrażenie, że reżyser powybierał postaci comic relief najniższego sortu z kilku słabych filmów i zapakował do tego jednego. Ja wiem, że to ma być komedia dla dzieci, ale mimo wszystko nie róbmy z tych młodych ludzi kretynów (zaraz, zaraz - a to nie była przypadkiem w oryginale baśń? Eh. Whatever). Bohaterowie są okropnie papierowi, nudni i nie obchodziło mnie co się z nimi stanie. Krasnoludy usiłują bronić resztek godności tego obrazka, ale ich zachowanie jest raczej typowe dla sztampowego kina familijnego nadawanego w niedzielne popołudnie na Polsacie. Całość razi slapstickiem. Tylko, że slapstick święcił triumfy jakieś sto lat temu i żeby dziś się nim posługiwać celnie, trzeba mieć naprawdę poukładane pod kopułą.

Niby są przebłyski. Jakieś nędzne próby puszczania oka do widza, ale mało, mało, mało. Przeważa głównie zażenowanie. Jest kilka scen obrzydliwych (maseczka królowej w gabinecie odnowy biologicznej), więcej jest tych wybitnie głupich (książe pod wpływem złego czaru zaczyna się łasić niczym pies, haha). Nosz litości. Tego jest naprawdę więcej, ale nie chcę opisywać każdej sceny z osobna. Problem polega na tym, że reżyser chciał zrobić inteligentną komedię (ba, każdy by chciał!) z masą nawiązań i mrugnięć okiem, ale zupełnie nie wyszło. Humor jest płaski i nachalny.

I najważniejsze - to nie jest Królewna śnieżka, którą czytała nam mama na dobranoc. Tamtej bajki nie da się przełożyć na półtora godzinny film, więc trzeba było te luki czymś wypełnić. Szkoda, że idiotyzmami. A więc drobna bezbronna Snow white staje na czele bandy krasnali. Oni szkolą ją w sztukach walki, uczą wykorzystywać zaskoczenie by pokonać przeciwnika, ona zaś wnosi do ich gromadki trochę ogłady. Tak więc rabują bogatych, wspierają biednych. Jest i złe monstrum, i pojedynki na szpady, i dużo dużo wszystkiego. Tylko wybuchu nuklearnego brakuje. Choć przepraszam - wybuch oczywiście jest. W scenie finałowej. Ale to chyba spoiler.

Kobieta nie jest już biedna i bezbronna, i to (SPOILER ALERT) nie rycerz ratuje księżniczkę i zwalcza złe czary pocałunkami, ale wręcz odwrotnie. Łee, no to faktycznie jest świeży, przewrotny i genialny pomysł. Podobne zwroty akcji wymyślam podczas porannej toalety, moi państwo. Aha, i Julia Roberts (zła królowa) jest - jak w niemal każdym swoim filmie - wyniosłą, pretensjonalną babą. "E, dostałam kasę, spoko, coś tam zagram. Albo nie, co ja się będę męczyć w takim gniocie?. Jestem ponad to. A poza tym, jeśli znów będę sobą, to i tak nikt nie zauważy, c'nie?". I jeszcze Sean Bean - co on, u diabła, tu robi? Ja rozumiem, że zabijają go w każdym filmie czy serialu w którym gra, i że może nie dostaje pełnych stawek, ale serio? Sean, why?

3/10

PS: Tymczasem na filmwebie kolejna recenzja sponsorowana:) Tak jak filmweb lubię, to są momenty, że wstyd mi za tych gości. Zwłaszcza, że taki Michał Walkiewicz to jest całkiem ogarnięty koleś. Widziałem niedawno jak rozsądnie wypowiadał się o paru rzeczach. Ale wracając do tematu: wcześniej tak dojmujące uczucie, że myśmy kuźwa byli na dwóch różnych filmach, miałem przy okazji recenzji "X-man: First Class". I jeszcze to godło "filmweb poleca". Nosz, kaman!

PS2: Aaaa, czekajcie. Moment. Wdech, wydech. Dopiero teraz zauważyłem. Tę kpinę o prequelu X-men popełnił Marcin Pietrzyk. A ja już chciałem wszystko zrzucić na Walkiewicza. Czyli może oni tam przekazują sobie te recki sponsorowane niczym zgniłe jajo, i dzisiaj padło na Michała, a za jakiś czas padnie na kogoś innego. "Ahaha, skisłeś!" - przypomina się przedszkolna igraszka.

środa, 29 lutego 2012

#15 Oscarowa noc (no, prawie)



img.ibtimes.com

Był ambitny plan śledzenia nocy oscarowej. Była seria blisko dwudziestu oscarowych seansów wchłanianych od momentu ogłoszenia nominacji. W końcu zawsze lepiej się ogląda, kiedy wiadomo o czym mówią. Nawet o bankiecie oscarowym, skromnym acz smacznym, się pomyślało. Zaczęło się czerwonym dywanem i.. skończyło się w chwili początku gali. Towarzyszka miała nazajutrz rano ważną rozmowę. Słowem: życie. Trzeba było pójść spać, bo bez towarzyszki Oscary nie mają nawet połowy swego uroku. Niemniej nie ma płaczu. Po powrocie towarzyszki z ów rozmowy, udało się zobaczyć calusieńką galę i to bez reklam (Oscary to potężne wydarzenie, więc reklamy wrzucane są co kwadrans). Wielkim wyczynem było przetrwać bez tzw. spoilerów (sytuacja kiedy ktoś zdradza wynik meczu, a ty chcesz zobaczyć powtórkę), bo a to ktoś z okna krzyknie, a to kątem oka się dostrzeże w gazecie, leżącej na czyimś ganku, a to na tramwaju napiszą, a to na fb, a to sąsiad po prostu zepsuje nam zabawę, bo jest złośliwym typem. Tylko, że tym razem nam się udało. Towarzyszka wróciła do domu, i można było zasiąść do retransmisji (dodam, że chińskiej, ale chwała im, że nie silili się na lektorat).

Profil członków Akademii Filmowej jest powszechnie znany. Średnio mamy tu do czynienia z dziadkiem/babcią po 60tce, kolor skóry biały, nie mającym/cą do czynienia z żadnym filmem od dziesięcioleci. Wśród tego szacownego Jury znajdują się emerytowani reżyserzy, producenci, operatorzy, muzycy, scenarzyści oraz aktorzy. Liczby mówią same za siebie: 94 proc. członków akademii to biali, 77 proc. stanowią mężczyźni, średnia wieku wynosi 62 lata, z czego osoby poniżej 50 roku życia stanowią tylko 14 proc*.



2.bp.blogspot.com

Można by się spierać, że to jest źle, bo skostniali, że lepiej wprowadzić powiew młodości, że film poszedł naprzód, a Akademia Filmowa została wyraźnie myślowo w tyle. A jednak pozostaje ten argument, że to jest potężna wiedza, doświadczenie, którego nie mają młodzi. I z pewnością bardziej wierzy się wykładom siwiutkiego mistrza Yody, niż młokosa, któremu wydaje się, ze pozjadał wszystkie rozumy. Obecni członkowie Akademii znają kanon czy klasykę kinematografii nie z mądrych książek, czy z wytartej kopii z youtube. Oni te książki pisali. Oni na ogól te kanoniczne filmy tworzyli, kreowali podstawy i postawy, byli źródłem inspiracji dla współczesnych. Nie byłoby dziś wprawdzie oszczędnego w środkach, ale uroczego "Artysty", gdyby nie lwia część z nich. Mam świadomość, że mogę nieco przesadzać i wyolbrzymiać, bo w istocie jest pewnie tak, że większość z tych dziadków wcale nie ogląda proponowanych filmów, i oddelegowuje do tego swoje żony. Niemniej jednak idea jest słuszna i mnie przekonuje. Rady mędrców od pokoleń zasilane są sędziwymi brodaczami.

Po zaznajomieniu się z profilem rady, wybór (w dużej mierze niemego) "Artysty" Michel'a Hazanavicius'a, jako najlepszego filmu, już tak nie dziwi. Naiwny w swojej wymowie, czerpiący garściami z początków poprzedniego wieku - bawi i wzrusza. Wspaniale się to ogląda. Mimo prymitywnych narzędzi - nie razi nieporadnością. W zamian - czaruje i przenosi do innej epoki. Myślę sobie, że to dobrze, że wygrał, bo byłem filmem naprawdę zauroczony.



i.pinger.pl

Nominacje były bardzo zachowawcze, o czym świadczy brak tak ważnych obrazów jak "Wstyd", "Musimy porozmawiać o Kevinie" czy "J.Edgar". Wszystkie poruszają nieprzyjemne, trudne i dosadne tematy. I tych zabrakło, nawet w mniej znaczących kategoriach. Zupełnie jakby je zignorowano, a przecież Tilda Swinton bezspornie zasłużyła na nominację za "We Need to Talk About Kevin". Pod tym względem Złote Globy górują nad Oscarami. Więcej otwartości, mniej poprawności politycznej. Nie mogę też pojąć nominacji w kategorii "najlepszy film" dla pretensjonalnego "Strasznie głośno, niesamowicie blisko", rozwlekłego "Czasu wojny", czy przekombinowanego "Drzewa życia".

W tym ostatnim możemy podziwiać Brada Pitt'a nominowanego za "Moneyball". Podoba mi się strategia jaką Pitt przyjął. Wie doskonale, że jego czas jako maczo dobiega końca, i niebawem w pościgach i walkach z bandytami będzie wyglądał nieautentycznie, toteż sięga po filmy trudniejsze lub/i artystyczne. Oscara tym razem nie dostał, tak więc Angelina pozostaje tą bardziej utytułowaną stroną najpopularniejszej pary świata. Przegrał z Jean'em Dujardin'em ("Artysta"). Ale trzeba przyznać, że z takim kontestatorem przegrać, to jak wygrać.

Coraz doskonalsza Glenn Close, musiała tym razem oddać pola Meryl Streep. Bardzo liczyłem, że rola Alberta Nobbsa da Glenn wymarzoną statuetkę. Można wymienić dziesiątki przykładów, kiedy ktoś naprawdę sobie zasłużył, ale Oscara nie otrzymał, gdyż akurat w danym roku był urodzaj. Innym razem zaś zdarzają się sytuacje absurdalne, gdy nagrody trafiają w ręce Nicka Cage'a czy Sandry Bullock.



pudelek.pl

Polski akcent - "W ciemności" przegrał z irańskim "Rozstaniem". Zagraniczne filmy sobie odpuściliśmy, więc się nie wypowiem czy słusznie przegrał. Pewnym jest natomiast, że Agnieszka Holland czuła się na tegorocznej gali jak u siebie. Natomiast jej przyboczny Robert Więckiewicz pasował do całości jak kwiatek do kożucha. Był sobą, czyli chłopkiem roztropkiem. Szczególnie rozbawiło mnie jak w wywiadzie dla polskiej TV opowiadał o tym jak to on dobiera narzędzia wyrazu aktorskiego, w każdej roli inne. Tylko dlaczego, pytam, za każdym razem jest taki sam (czyli gra siebie)? Począwszy od jednej ze swoich pierwszych ról w telewizyjnym tasiemcu, po późniejsze role szowinistycznych świń, czy prymitywów wykorzystujących swoje kobiety.

A na koniec domagam się Oscara dla pieska Uggie'ego za film "Artysta". Był najzdolniejszy i popisał się najcudowniejszym aktorstwem z wszystkich nominowanych! Ten koń z "War horse" to się w ogóle nie umywa. Nno.

secretcircle.alloyentertainment.com



PS: tak tak, ja wiem, oni nie trzymają statuetki Oscara

środa, 15 lutego 2012

#13 Strasznie głośno, niesamowicie blisko

3.bp.blogspot.com

Jest taki odcinek amerykańskiego "Idola", gdzie występuje Irakijczyk-inwalida. Wojna z Ameryką odebrała mu obie ręce. Facet śpiewa przeciętnie, mimo to cała widownia klaszcze z uznaniem, a Jury rozpływa się nad nim w zachwytach. A przecież gdyby nie kalectwo, nie dostałby ani jednego głosu na "tak".

Podobnie jest z filmem "Extremely Loud and Incredibly Close" w reżyserii Stephena Daldry. Dziewięcioletni Oskar Schell (Thomas Horn), poszukuje zamka, do którego będzie pasował tajemniczy klucz pozostawiony przez ojca (Tom Hanks), będącego ofiarą zamachu z 11 września. Chłopak, w czasie swojego questu, spotyka wielu ludzi - w sposób bezpośredni, bądź pośredni - dotkniętych tragedią 9/11 (cóż za zbieg okoliczności!). I mam nieodparte wrażenie, że gdyby ów ojciec zginął w zwyczajnym (nie przepełnionym amerykańską martyrologią) wypadku, to nominacji do Oscara by nie było. Bo film jest wyjątkowo naiwny, nawet jak na baśń. W tym punkcie wykorzystanie tragedii WTC jest tak strasznie pretekstowe, że aż kłuje w oczy. Bo "Nine Eleven" wnosi do filmu niewiele, a seansowi towarzyszy myśl, że ów motyw został dołączony na siłę, niczym żenujące dziennikarskie pointy przyklejone na zakończenie kolejnej relacji w "Wiadomościach". Pytanie brzmi, czy trzeba wycierać sobie gębę tymi wydarzeniami? Przecież śmierć w budynku WTC nie wydaje się być ważniejsza czy szlachetniejsza niż śmierć w wypadkach samochodowych, jakich codziennie na drogach przydarza się tysiące. Dla Kosiarza to bez różnicy. Dla jego kosy wszyscy równi. Ale nie, nie. Musiało być 9/11. Karta przetargowa by dostać się na oscarową galę.

Przez większą część filmu ma się wrażenie, że twórcom zależy na wyciśnięciu z widza jak największej ilości łez. Robią to bardzo nachalnie, używając taniego sentymentalizmu. Pełno tu górnolotnych i patetycznych wyznań dotyczących cierpienia, wybaczenia i ogólnie pamięci. Główny bohater (w zamierzeniu mający być katalizatorem wzruszeń) to wkurzający dzieciak, w dodatku strasznie głośny, hiperaktywny i absurdalny. Być może cierpi na autyzm (jest to tylko moje podejrzenie, bo nie jest to powiedziane wprost), ale nawet jeśli, to taką postać można było poprowadzić zupełnie inaczej - tak aby - mimo swoich kompulsywnych zachowań - budziła dobre emocje. Niestety Oskar budzi tylko zdenerwowanie.

Tego filmu nie ratuje nawet mocna (?) obsada. Bullock (matka) jest jak zwykle mimozą (poza tym co to za matka, co puszcza samopas dzieciaka po Nowym Jorku?). Tom Hanks? Prawie zapomniałem, że grał w tym filmie. Max von Sydow? Tu troszkę lepiej. Rola staruszka-niemowy, któremu Oskar opowiada swoją historię i wciąga w swoje poszukiwania, jest ciekawa, niemniej nie wiem czy zasługuje na nominację w kategorii "najlepsza rola drugoplanowa". Zwłaszcza, że aktor ma w swoim dorobku dużo lepsze kreacje. Może akademia uznała, że "lepiej teraz, póki będzie za późno".

Gwoździem do trumny (spoiler alert!) jest fakt, iż nagle dowiadujemy się, że matka chłopca, która po tragedii, jaka spotkała jej męża, przypomina bardziej warzywo niż człowieka (śpi całymi dniami lub snuje się po domu jak zombie) - od początku brała znaczący udział w układance, jaką przyszło ułożyć chłopcu. Czyli cały ten czas udawała. Wszystko było w porządku, żadnej traumy, smutku i ciężkich przeżyć. Wszystko dla happy endu. Ręce opadają.

Na zakończenie - jeśli lubicie grę na najniższych emocjach, to rozrywka dla Was. W innym przypadku trzymajcie się od tego filmu strasznie i niesamowicie daleko.

4/10

wtorek, 7 lutego 2012

#12 The Amazing Spiderman zwiastun 2



Wygląda na to, że nareszcie dostaniemy takiego Spidermana na jakiego wprawdzie nie zasłużyliśmy, ale jakiego potrzebujemy. Zapowiada się, że nie będzie filmowej mamałygi, o którą ocierała się momentami trylogia Sama Raimi'ego. Tamte filmy oczywiście nie były złe, ale jakoś nie tak wyobrażałem sobie przeniesienie na ekran jednego z ważniejszych bohaterów z dzieciństwa. Wierzę, że Marc Webb (nazwisko zobowiązuje) nada postaci Petera Parkera kręgosłup, że to będzie człowiek pająk z krwi i kości. Andrew Garfield wprawdzie wizualnie nie leżał nawet w pobliżu Parkera z komiksu, ale jest lepszy niż Maguire. Zarówno Tobey, jak i Kirsten Dunst byli poprawni, ale nie tacy jak powinni. Zachowanie Petera i Mary Jane ma się zresztą nijak do komiksów. Oryginalny Peter to pogodny błyskotliwy dzieciak, o nieprzeciętnym poczuciu humoru, rzucający na lewo i prawo celne riposty. Spidey Tobeya jest bardziej emo. I nie ma poczucia humoru. Filmowa MJ jest bezbarwna i w sumie jest tylko pretekstem by coś się działo (by ją ratować!). Komiksowa MJ, kiedy trzeba, ma pazur, większe zacięcie niż Dunst (z wiecznie na pół przymkniętymi oczami). Fabuła trylogii natomiast, ogranicza się w gruncie rzeczy do: "wróg porywa MJ, Spidey ratuje MJ i pokonuje wroga". Ogólnie ten sam zarzut do całej trylogii. Krótkotrwałość. Zabawa w sam raz do popcornu i do zapomnienia po wyjściu z kina. Fani komiksów musieli mieć niezłego nerwa. Tym razem możemy dostać znacznie więcej.

2.bp.blogspot.com


Tym razem u boku naszego bohatera zobaczymy Gwen Stacy (zagra ją cudowna Emma Stone - wielki talent młodego pokolenia - tak tak, ona jest młodsza nawet ode mnie). Pewnie dziwicie się kim, u licha, jest ta blondi? I co się stało z rudą? Przecież zarówno kreskówka nadawana w czasach mego pacholęctwa na "Dwójce", jak i trylogia kinowa, snują opowieść z Mary Jane Watson w roli lubej trykociarza.

photobucket.com


Otóż śpieszę donieść, że w komiksie Peter zaczął chodzić z Mary Jane nieco na otarcie łez. Gwen Stacy jest pierwszą wielką miłością Petera - mola książkowego, za jakiego uchodził w koledżu. Ich początki były raczej trudne, gdyż Parker - laureat prestiżowego stypendium - pogrążony w nauce oraz problemach z jego chorą ciotką May - zdawał się z początku na dziewczynę nie zwracać najmniejszej uwagi. Podobnie jak na resztę swojego koleżeństwa. Ta ignorancja właśnie rozeźliła Gwen do tego stopnia, że postanowiła dopiąć swego. Dotrzeć jakoś do tego beznadziejnego, aspołecznego kujona. Im bardziej on ją ignorował, tym bardziej ona do niego lgnęła. No i nie skończyło się to dla niej dobrze. Dostała się w szpony Green Goblina, który przysiągł Spidermanowi zemstę. I zemścił się w ten najbardziej dobitny sposób, pozbawiając Gwen życia. Te wydarzenia są podwaliną pod trwającą latami "Clone Saga". Nie wiem jak będzie tym razem. Mamy Gwen. Mamy Dr. Curta Connorsa (oraz jego alter ego - Lizarda). Mamy tajemnicę rodziców Parkera. Na podstawie tych paru minut trailera ciężko cokolwiek więcej wywnioskować.

boomtron.com


Niemniej można by coś wspomnieć o stronie wizualnej, a tu jest bardzo dobrze. Urywki walk nasuwają myśl, że Webb postawił na większy (niż jego poprzednik) realizm i bardziej respektuje prawa fizyki (na tyle na ile można je respektować w uniwersum, w którym facet w piżamie gania po ścianach). Zgodnie zresztą z obecną modą na wrzucanie abstrakcyjnych postaci o nadludzkich mocach do świata realnego. Czyli odpowiedź na pytanie z serii: "co by było, gdyby Web-head istniał naprawdę"? Poza tym Spidey ma nowy dizajn stroju pająka (chyba najbliżej mu do wersji kostiumu jaką przywdział Ben Reily pod koniec clone saga). Pod względem techniki wystrzeliwania pajęczyny, Parker będzie używał sposobu komiksowego, czyli karabinków z pajęczą siecią, a nie wersji z trylogii - sieci tkanej z ręki (wtf?).

Słowem - jest dobrze, a może będzie jeszcze lepiej. Polska premiera 6 lipca br.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

#08 Jin ling shi san chai

imdb.com


Jaki jest Bale, każdy widzi. Czasem jest cudownie zdolny jak w Mechaniku czy American Psycho, raz jest niesamowicie drewniany jak we Wrogach Publicznych czy Terminatorze. Czyli, że co? Nie zawsze mu się chce? Nie zawsze się stara i nie daje z siebie wszystkiego? Może. Prawda jest taka, że Bale nie musi się już starać, bo dorobił się takiego statusu, że dostaje role w najbardziej kasowych filmach. Jest lubiany, podziwiany, angażują go w coraz to nowsze projekty, a jego klasa stale rośnie (ostatnio jego akcje niesłychanie podskoczyły dzięki Oscarowi za Fightera, w którym zagrał dobrze, ale ponoć role przerysowanych cudaków gra się łatwiej niż inne role). Nawet nie przeszkadza mu w tym wszystkim rzucająca się w uszy wada wymowy (a może paradoksalnie pomaga?) oraz wspomniana nierówna forma aktorska. Jednym zdaniem: prawdziwy ewenement. Dlaczego Bale? Tego nie wie nikt.

Wiadomo natomiast, że aktor lubi sobie stawiać wyzwania. Kiedyś przygotowując się do roli schudł jakieś milion kilo. Tym razem wybrał się do Chin by stać się główną gwiazdą superprodukcji z chińską martyrologią w tle.

Akcja Jin ling shi san chai rozgrywa się czasie Masakry Nankińskiej z przełomu 1937 i 1938 roku. Mordów i gwałtów dopuściła się Cesarska Armia Japońska, pod dowództwem generała Iwane Matsui. Była to jedna z największych zbrodni ludobójstwa dokonanych przez wojska japońskie. To także najsmutniejszy i najbardziej upokarzający moment w chińskiej historii. W wirze tych wydarzeń pewien rozwiązły przedsiębiorca pogrzebowy - John Miller (Bale)- przybiera szaty księdza i postanawia pomóc grupie kobiet i dzieci, ukrywających się w jednym z klasztorów. Odkrywa tym samym znaczenie poświęcenia i honoru.

filmserver.cz


W obrazie wyreżyserowanym przez Yimou Zhanga, wpadają na siebie trzy kultury (a także języki): amerykańska, chińska i japońska. I to spotkanie prezentuje wyjątkową perspektywę w której w kontraście do strasznych wydarzeń, ukazane są skrawki dobra, nadziei i człowieczeństwa.

Ofiary (chińskie kobiety) są tutaj na tyle ludzkie na ile pozwalają warunki. Oprawcy (japońscy żołnierze) są demoniczni i barbarzyńscy. Dokonują rzezi, po prostu dlatego że mogą sobie na to pozwolić. I nawet kiedy ksiądz odwołuje się do japońskiego kodeksu honorowego - nie zyskuje tym kompletnie nic. W obrazie jest więc sporo przemocy, ale i piękna. Twórcy nie wyrzekli się jednak patosu i momentami przejaskrawionej podniosłości. Jest scena w której ranny żołnierz chiński w pojedynkę rozprawia się z połową japońskiego garnizonu. Ukryty na wyższej kondygnacji jednego z budynków serwuje nam własną wersję Dumy narodu z Bękartów Wojny. Zabija Japończyków dziesiątkami, strzela do ciśniętych w jego stronę wiązek granatów (!), które efektownie eksplodują w powietrzu. Na końcu otoczony, podziurawiony jak rzeszoto i bez żadnych szans, jest w stanie ostatkiem sił uruchomić pułapkę, która wysadza wrogów w powietrze.

onlinesfilms.com


Na szczęście takich momentów więcej nie uświadczymy. Dwu i pół godzinny film koncentruje się przede wszystkim na mieszkankach klasztoru - czyli na ofiarach w sytuacji bez wyjścia i panicznych próbach odwrócenia przesądzonego losu. A także relacjach między nimi a Johnnem Millerem, który jednego dnia jest hultajem i oportunistą, by następnego być już bezinteresownym wzorem cnót. Ta jego przemiana jest o tyleż gwałtowna, co groteskowa. Ale przyjmijmy, że to możliwe iż człowiek, dla którego liczy się tylko zysk i dobro własne z dnia na dzień jest gotów ryzykować życie w obronie grupy obcych osób. Staje się to tym bardziej prawdopodobne w czasie, gdy życie człowieka jest warte nie więcej niż kula wystrzelona z karabinu.

Warto rzecz zobaczyć, bo to być może najlepszy chiński film w historii. Realizacyjnie bardzo dopracowany. Praca kamery i efekty na najwyższym poziomie, barwy i ujęcia dobrane idealnie do atmosfery napięcia, beznadziei i rozpaczy. Nośna historia, świetne aktorstwo, ładne ujęcia. Może nieco zbyt długie sceny batalistyczne. Zupełnie jakby twórcy pomyśleli: "hmm, tyle nas to kosztowało, więc nie może się zmarnować". Na minus idzie dodatkowo minutowa scena miłosna, która jest chyba najgorszym momentem filmu i w kontekście tak tragicznych wydarzeń jest zwyczajnie nienaturalna. Wyciąć!

sokreview.files.wordpress.com


Mówi się, że film jest propagandowy, ale w ten sposób równie propagandowe jest Ogniem i Mieczem. Zhang dodał do historii fikcyjną sylwetkę bohaterskiego Johna Millera "ku pokrzepieniu serc". Oryginalnie żadnego zbawcy nie było. Była tylko rozpacz i beznadzieja. Niemniej historia została napisana, i z postacią graną przez Bale'a czy bez niej, nie straci na znaczeniu. Tworząc filmy inspirowane prawdziwymi wydarzeniami można kolorować, przejaskrawiać, to nawet naturalne. Lecz istoty rzeczy zmienić się przecież nie da.

6/10

czwartek, 26 stycznia 2012

#06. Carnage

imdb.com


To jedna z najlepszych propozycji do Złotych Globów 2012 (dwie nominacje). Doprawdy świetna zabawa, a przecież nie ma mowy o wybuchach, dynamicznych cięciach, czy zapierającej dech w piersiach efektach specjalnych. Bohaterowie "Carnage" nie opuszczają czterech ścian mieszkania (to i tak lepiej niż w "Buried", gdzie akcja rozgrywa się w drewnianej przestrzeni trumny). Nuda? Nah. Mnie film porwał.

imdb.com


Oto pewnego popołudnia spotykają się dwa małżeństwa w celu wyjaśnienia bójki, do jakiej doszło między ich pociechami. Od słowa do słowa temperatura (na pozór łatwego do ugaszenia konfliktu) wzrasta. Znacie powiedzenie: "nie pojadę z tobą windą, bo nie zmieszczę się z twoim ego? Mała przestrzeń w której rozgrywa się akcja wypełniona jest po brzegi przez cztery indywidua oraz ego każdego z osobna. Wraz z upływem czasu kompleksy, zawiść i małostkowość biorą górę nad wysublimowaniem, kulturą i inteligencją elity amerykańskiej socjety. Rozpoczyna się pranie brudów, podziały się pogłębiają i nawet więzy między małżeństwami się rozluźniają i każdy jest gotów każdemu skoczyć do gardła.

imdb.com


"Rzeź" jest ekranizacją sztuki Yasminy Rezy wystawianej w Polsce pod tytułem "Bóg mordu". I o ile (gdy chodzi o ekranizacje) częstą praktyką jest przekładanie oszczędnych w narzędzia wyrazu sztuk teatralnych na rozmach filmowy, to Roman Polański zdecydował się pozostać przy pierwszym sposobie. I na tym polu wygrał, bo esencją tego obrazu jest aktorstwo. I właściwie do sukcesu nie trzeba było niczego więcej. W jednej z wersji plakatu, twarze postaci ukazane są w różnych wersjach, przedstawiają coraz to inną emocję - znudzenie, smutek, radość, zdziwienie czy wściekłość. I taki jest ten film - to jest wachlarz, emocjonalny przekrój. Wielkie wyzwanie, któremu wielu aktorów zwyczajnie by nie podołało. Rzecz absolutnie do odrobienia i przyswojenia w polskiej filmówce.

imdb.com


Christoph Waltz walczy tutaj z nieustępliwie towarzyszącym mu Hansem Landą i całkiem zgrabnie mu to wychodzi. Może dzięki Polańskiemu przestanie być obsadzany w rolach pretekstowych czarnych charakterów wzorowanych na wiemy-kim. W ten sposób okrutnie się marnuje. John C. Reilly zwodzi czujność widza będąc przez większość spektaklu ciepluchnym misiem by nagle łupnąć zadziornością między oczy. Nie posądzałem też zwykle posępnej i dramatycznej Kate Winslet o takie vis-comica, podobnie jak Jodie Foster, która przechodziła momentami samą siebie. Ta czwórka znakomicie pokazała skąd wzięły się ich milionowe majątki, doskonale się przy tym bawiąc.

Nielichym przeżyciem byłoby zobaczyć ten skład aktorski na deskach teatru. I aż chciałoby się mieć miejsca w pierwszym rzędzie.