wtorek, 27 marca 2012

# 18 Filmy lutego - część 1

Małe podsumowanie lutego. Pierwsza połowa miesiąca.


11 lutego
Szpieg - Tinker, Tailor, Soldier, Spy - (2011) - 6/10 - Odbiór filmu bardzo zależy od nastawienia. W założeniu mamy do czynienia z kinem szpiegowskim, a więc oczekiwać należałoby pościgów, ciosów, wybuchów, strzelanin, większej ilości ciosów i romansu. Tymczasem dostajemy precyzyjną i realistyczną historię wywiadu, gdzie pada jeden strzał z pistoletu. Reszta to zmagania między stronami konfliktu, które nie wymagają efekciarstwa. Cóż, praca w IM6 prawdopodobnie właśnie w ten sposób wyglądała. Nikt do nikogo nie strzelał z orbity, nie było ratowania świata każdego dnia. Więc jeśli się nastawiło na takie właśnie kino, można wyjść z seansu w pełni usatysfakcjonowanym. Szczególnie, że obserwacja Garego Oldmana (nominowany w tym roku do Oscara) na ekranie, to prawdziwa przyjemność.

Strasznie głośno, niesamowicie blisko - Extremely Loud and Incredible Close (2011) - 4/10 - Dłuższy tekst można przeczytać tutaj.

12 lutego
Saga "Zmierzch": Przed świtem Część 1 - Twilight Saga: Breaking Dawn Part 1 (2011) - 3/10 - Rozwleczony do granic możliwości. Wszystko przez to, że zakończenie sagi należało rozbić na dwie części, by wydobyć z kieszeni widzów jak największą ilość szmalu - druga okazja już się może przecież nie wydarzyć. Dlatego film przez godzinę jest zwyczajnie nudny. W tym czasie obserwujemy miesiąc miodowy zakazanej pary wampirów. Ten czas można było swobodnie zamknąć w kwadransie bez straty dla fabuły! Mniej więcej po tej wymęczonej godzinie - pierwszy raz myślimy (lub krzyczymy na całą salę kinową, po czym wyprasza nas obsługa) - WHAT THE FUCK??!! Jeśli jednak obsługa nas nie wyprosiła, bo oglądamy w domu, to ta sentencja towarzyszy nam już do końca. Przede wszystkim seria "Zmierzch" to mają być w zamyśle filmy dla dzieci! Moja 13 letnia siostra mogłaby być fanką serii, gdyby tylko nie stwierdziła, że rzecz jest okropnie emo, słaba i to nie dla niej. Więc jeśli targetem serii są dzieci i młodzieży do 16 lat, to dlaczego w drugiej części filmu fundują nam GORE (?!) oraz masę obrzydliwości. Nie no jasne, to nic w porównaniu z "Piłą", ale nie zapominajmy, że to miało być dla DZIECI!?  Nie będę się zagłębiał w fabułę - nie dlatego, że to spoiler, ale dlatego że tu nic nie ma zafajdanego sensu i po prostu nie wiedziałbym od czego zacząć. To jest dziwny film, moi drodzy. Mając w pamięci poprzednie - możecie się baaardzo zdziwić.

16 lutego
Chciwość - Margin Call (2011) - 7/10 - Film może nie jest jakiś rewolucyjny, nie wymyśla też prochu, ani nie daje nam innego kąta patrzenia na cokolwiek, ale bardzo bardzo przyjemnie się ogląda. W skrócie chodzi o to, że wielki moloch robi wyprzedaż na chwilę przed nadejściem kryzysu. Twórcy filmu litują się nad nami do tego stopnia, że nomenklaturę ekonomiczną przetwarzają przez postać szefa korporacji (Jeremy Irons), który każe Spockowi (Zachary Quinto) wytłumaczyć jak krowie na rowie co się u diabła dzieje. Przyznaje też, że to nie znajomość słownika oraz teorii ekonomicznej przyniosły mu to stanowisko. Co natomiast przyniosło? Tego nie mówi, ale przyznać trzeba, że rozwiązanie jest bardzo wygodne z perspektywy widza. Dostajemy więc esencję problemu. Ktoś dał komuś za dużo, mając w istocie za mało, itp, itd. Nie ważne. Ważne jest natomiast, że teraz trzeba będzie po cichu pozbyć się derywatów kredytowych (ha, miało się ekonomię na studiach 8) - no dobra, przepisałem z googla), które są nic nie warte. Najmocniejszą stroną filmu są aktorzy: Jeremy Irons, Kevin Spacey i wspomniany Spock. Spock jest jak zwykle najbystrzejszy. 

środa, 21 marca 2012

#17 Mirror, mirror


"Królewna śnieżka" Tarsem'a Singh'a to taki film klasy B zrobiony za kasę filmu wysokobudżetowego. Nosi wszelkie braki B-movie, a więc kiepski scenariusz, przesadę, bezradność i tandetność. Mam wrażenie, że reżyser powybierał postaci comic relief najniższego sortu z kilku słabych filmów i zapakował do tego jednego. Ja wiem, że to ma być komedia dla dzieci, ale mimo wszystko nie róbmy z tych młodych ludzi kretynów (zaraz, zaraz - a to nie była przypadkiem w oryginale baśń? Eh. Whatever). Bohaterowie są okropnie papierowi, nudni i nie obchodziło mnie co się z nimi stanie. Krasnoludy usiłują bronić resztek godności tego obrazka, ale ich zachowanie jest raczej typowe dla sztampowego kina familijnego nadawanego w niedzielne popołudnie na Polsacie. Całość razi slapstickiem. Tylko, że slapstick święcił triumfy jakieś sto lat temu i żeby dziś się nim posługiwać celnie, trzeba mieć naprawdę poukładane pod kopułą.

Niby są przebłyski. Jakieś nędzne próby puszczania oka do widza, ale mało, mało, mało. Przeważa głównie zażenowanie. Jest kilka scen obrzydliwych (maseczka królowej w gabinecie odnowy biologicznej), więcej jest tych wybitnie głupich (książe pod wpływem złego czaru zaczyna się łasić niczym pies, haha). Nosz litości. Tego jest naprawdę więcej, ale nie chcę opisywać każdej sceny z osobna. Problem polega na tym, że reżyser chciał zrobić inteligentną komedię (ba, każdy by chciał!) z masą nawiązań i mrugnięć okiem, ale zupełnie nie wyszło. Humor jest płaski i nachalny.

I najważniejsze - to nie jest Królewna śnieżka, którą czytała nam mama na dobranoc. Tamtej bajki nie da się przełożyć na półtora godzinny film, więc trzeba było te luki czymś wypełnić. Szkoda, że idiotyzmami. A więc drobna bezbronna Snow white staje na czele bandy krasnali. Oni szkolą ją w sztukach walki, uczą wykorzystywać zaskoczenie by pokonać przeciwnika, ona zaś wnosi do ich gromadki trochę ogłady. Tak więc rabują bogatych, wspierają biednych. Jest i złe monstrum, i pojedynki na szpady, i dużo dużo wszystkiego. Tylko wybuchu nuklearnego brakuje. Choć przepraszam - wybuch oczywiście jest. W scenie finałowej. Ale to chyba spoiler.

Kobieta nie jest już biedna i bezbronna, i to (SPOILER ALERT) nie rycerz ratuje księżniczkę i zwalcza złe czary pocałunkami, ale wręcz odwrotnie. Łee, no to faktycznie jest świeży, przewrotny i genialny pomysł. Podobne zwroty akcji wymyślam podczas porannej toalety, moi państwo. Aha, i Julia Roberts (zła królowa) jest - jak w niemal każdym swoim filmie - wyniosłą, pretensjonalną babą. "E, dostałam kasę, spoko, coś tam zagram. Albo nie, co ja się będę męczyć w takim gniocie?. Jestem ponad to. A poza tym, jeśli znów będę sobą, to i tak nikt nie zauważy, c'nie?". I jeszcze Sean Bean - co on, u diabła, tu robi? Ja rozumiem, że zabijają go w każdym filmie czy serialu w którym gra, i że może nie dostaje pełnych stawek, ale serio? Sean, why?

3/10

PS: Tymczasem na filmwebie kolejna recenzja sponsorowana:) Tak jak filmweb lubię, to są momenty, że wstyd mi za tych gości. Zwłaszcza, że taki Michał Walkiewicz to jest całkiem ogarnięty koleś. Widziałem niedawno jak rozsądnie wypowiadał się o paru rzeczach. Ale wracając do tematu: wcześniej tak dojmujące uczucie, że myśmy kuźwa byli na dwóch różnych filmach, miałem przy okazji recenzji "X-man: First Class". I jeszcze to godło "filmweb poleca". Nosz, kaman!

PS2: Aaaa, czekajcie. Moment. Wdech, wydech. Dopiero teraz zauważyłem. Tę kpinę o prequelu X-men popełnił Marcin Pietrzyk. A ja już chciałem wszystko zrzucić na Walkiewicza. Czyli może oni tam przekazują sobie te recki sponsorowane niczym zgniłe jajo, i dzisiaj padło na Michała, a za jakiś czas padnie na kogoś innego. "Ahaha, skisłeś!" - przypomina się przedszkolna igraszka.

piątek, 9 marca 2012

# 16 Śniadanie z Anneke

interia.pl

Anneke van Giersbergen to cudowna wokalistka. A że ja nie umiem słodzić w taki sposób, bym nie brzmieć jak egzaltowana jedenastolatka, to w tym miejscu ukrócę swoje ohy i ahy. Napiszę tylko szybko, że Anneke uwielbiam. Dla niewtajemniczonych dodam, że mowa tutaj o byłej wokalistce holenderskiego The Gathering, z którym rozstała się w 2007 roku na rzecz Agua De Annique. Obecnie występuje pod swoim nazwiskiem. Lista artystów z którymi współpracowała wydaje się nie mieć końca: Lawn, Farmer Boys, Ayreon, Napalm Death, Novembers Doom, Moonspell, Globus, Arjen Anthony Lucassen, Giant Squid, Devin Townsend, Anathema i Within Temptation, ufff!

W moje oczy rzecz jasna najbardziej rzuca się Anathema (która 16 kwietnia wydaje nową płytę "Weather Systems"!). Koleżeństwo Anneke z Dannym Cavannagh przyniosło światu jeden z najbardziej czarodziejskich duetów na naszej planecie:



Śliczna interpretacja utworu Kate Bush. A jest tego znacznie więcej. Światło dzienne ujrzała również wspólna płyta sygnowana nazwiskami Anneke i Dannego pt. "In Parallel" z 2009 roku.

Ale ja zupełnie nie o tym. Otóż miałem rozwinąć myśl, że Anneke jest cudowna. Co mnie natchnęło by dzielić się takim spostrzeżeniem na łamach niniejszego miejsca? Otóż pewnego słonecznego dnia maja roku 2010, Anneke wpadła na kapitalny pomysł promocji swojej ówcześnie nowej płyty "In Your Room". Na jej blogu pojawił się wówczas taki komunikat:

" Śniadanie z Anneke?!?

Hey ludki,

Czas na konkurs Sunny Side Up!
Prócz faktu, że to tytuł mojego nowego singla, Sunny Side Up to również nazwa dla jajka sadzonego (słoneczną stroną na wierzchu). Tak się składa, że jestem całkiem niezła w przyrządzaniu takiego posiłku ;-)

Więc pomysł jest taki:
Jeśli mieszkasz w Holandii, ściągnij singlową wersję Sunny Side Up ze sklepu iTunes i prześlij skan potwierdzenia na chris@jammm.nl.

Jeśli Cię wylosujemy, odwiedzę Cię w Twoim domu i przyrządzę na śniadanie pyszne jajka sadzone (sunny side up)! Zaśpiewam też dla Ciebie piosenkę:)

Powodzenia i zachęcam do wzięcia udziału... Może to właśnie Twój dom odwiedzę!

XxX Anneke XxX".

:)

Na filmiku nie ma wprawdzie samego procesu przyrządzania i pałaszowania jajek "sunny side up" przyrządzonych przez Anneke, ale jak obiecała tak też zrobiła:



I wiem, że się powtarzam, ale... czyż Anneke nie jest cudowna? ;)

Koncert w Polsce już w dzień dziecka. Poznań. Pod Minogą. :)
Tymczasem smacznego!

środa, 29 lutego 2012

#15 Oscarowa noc (no, prawie)



img.ibtimes.com

Był ambitny plan śledzenia nocy oscarowej. Była seria blisko dwudziestu oscarowych seansów wchłanianych od momentu ogłoszenia nominacji. W końcu zawsze lepiej się ogląda, kiedy wiadomo o czym mówią. Nawet o bankiecie oscarowym, skromnym acz smacznym, się pomyślało. Zaczęło się czerwonym dywanem i.. skończyło się w chwili początku gali. Towarzyszka miała nazajutrz rano ważną rozmowę. Słowem: życie. Trzeba było pójść spać, bo bez towarzyszki Oscary nie mają nawet połowy swego uroku. Niemniej nie ma płaczu. Po powrocie towarzyszki z ów rozmowy, udało się zobaczyć calusieńką galę i to bez reklam (Oscary to potężne wydarzenie, więc reklamy wrzucane są co kwadrans). Wielkim wyczynem było przetrwać bez tzw. spoilerów (sytuacja kiedy ktoś zdradza wynik meczu, a ty chcesz zobaczyć powtórkę), bo a to ktoś z okna krzyknie, a to kątem oka się dostrzeże w gazecie, leżącej na czyimś ganku, a to na tramwaju napiszą, a to na fb, a to sąsiad po prostu zepsuje nam zabawę, bo jest złośliwym typem. Tylko, że tym razem nam się udało. Towarzyszka wróciła do domu, i można było zasiąść do retransmisji (dodam, że chińskiej, ale chwała im, że nie silili się na lektorat).

Profil członków Akademii Filmowej jest powszechnie znany. Średnio mamy tu do czynienia z dziadkiem/babcią po 60tce, kolor skóry biały, nie mającym/cą do czynienia z żadnym filmem od dziesięcioleci. Wśród tego szacownego Jury znajdują się emerytowani reżyserzy, producenci, operatorzy, muzycy, scenarzyści oraz aktorzy. Liczby mówią same za siebie: 94 proc. członków akademii to biali, 77 proc. stanowią mężczyźni, średnia wieku wynosi 62 lata, z czego osoby poniżej 50 roku życia stanowią tylko 14 proc*.



2.bp.blogspot.com

Można by się spierać, że to jest źle, bo skostniali, że lepiej wprowadzić powiew młodości, że film poszedł naprzód, a Akademia Filmowa została wyraźnie myślowo w tyle. A jednak pozostaje ten argument, że to jest potężna wiedza, doświadczenie, którego nie mają młodzi. I z pewnością bardziej wierzy się wykładom siwiutkiego mistrza Yody, niż młokosa, któremu wydaje się, ze pozjadał wszystkie rozumy. Obecni członkowie Akademii znają kanon czy klasykę kinematografii nie z mądrych książek, czy z wytartej kopii z youtube. Oni te książki pisali. Oni na ogól te kanoniczne filmy tworzyli, kreowali podstawy i postawy, byli źródłem inspiracji dla współczesnych. Nie byłoby dziś wprawdzie oszczędnego w środkach, ale uroczego "Artysty", gdyby nie lwia część z nich. Mam świadomość, że mogę nieco przesadzać i wyolbrzymiać, bo w istocie jest pewnie tak, że większość z tych dziadków wcale nie ogląda proponowanych filmów, i oddelegowuje do tego swoje żony. Niemniej jednak idea jest słuszna i mnie przekonuje. Rady mędrców od pokoleń zasilane są sędziwymi brodaczami.

Po zaznajomieniu się z profilem rady, wybór (w dużej mierze niemego) "Artysty" Michel'a Hazanavicius'a, jako najlepszego filmu, już tak nie dziwi. Naiwny w swojej wymowie, czerpiący garściami z początków poprzedniego wieku - bawi i wzrusza. Wspaniale się to ogląda. Mimo prymitywnych narzędzi - nie razi nieporadnością. W zamian - czaruje i przenosi do innej epoki. Myślę sobie, że to dobrze, że wygrał, bo byłem filmem naprawdę zauroczony.



i.pinger.pl

Nominacje były bardzo zachowawcze, o czym świadczy brak tak ważnych obrazów jak "Wstyd", "Musimy porozmawiać o Kevinie" czy "J.Edgar". Wszystkie poruszają nieprzyjemne, trudne i dosadne tematy. I tych zabrakło, nawet w mniej znaczących kategoriach. Zupełnie jakby je zignorowano, a przecież Tilda Swinton bezspornie zasłużyła na nominację za "We Need to Talk About Kevin". Pod tym względem Złote Globy górują nad Oscarami. Więcej otwartości, mniej poprawności politycznej. Nie mogę też pojąć nominacji w kategorii "najlepszy film" dla pretensjonalnego "Strasznie głośno, niesamowicie blisko", rozwlekłego "Czasu wojny", czy przekombinowanego "Drzewa życia".

W tym ostatnim możemy podziwiać Brada Pitt'a nominowanego za "Moneyball". Podoba mi się strategia jaką Pitt przyjął. Wie doskonale, że jego czas jako maczo dobiega końca, i niebawem w pościgach i walkach z bandytami będzie wyglądał nieautentycznie, toteż sięga po filmy trudniejsze lub/i artystyczne. Oscara tym razem nie dostał, tak więc Angelina pozostaje tą bardziej utytułowaną stroną najpopularniejszej pary świata. Przegrał z Jean'em Dujardin'em ("Artysta"). Ale trzeba przyznać, że z takim kontestatorem przegrać, to jak wygrać.

Coraz doskonalsza Glenn Close, musiała tym razem oddać pola Meryl Streep. Bardzo liczyłem, że rola Alberta Nobbsa da Glenn wymarzoną statuetkę. Można wymienić dziesiątki przykładów, kiedy ktoś naprawdę sobie zasłużył, ale Oscara nie otrzymał, gdyż akurat w danym roku był urodzaj. Innym razem zaś zdarzają się sytuacje absurdalne, gdy nagrody trafiają w ręce Nicka Cage'a czy Sandry Bullock.



pudelek.pl

Polski akcent - "W ciemności" przegrał z irańskim "Rozstaniem". Zagraniczne filmy sobie odpuściliśmy, więc się nie wypowiem czy słusznie przegrał. Pewnym jest natomiast, że Agnieszka Holland czuła się na tegorocznej gali jak u siebie. Natomiast jej przyboczny Robert Więckiewicz pasował do całości jak kwiatek do kożucha. Był sobą, czyli chłopkiem roztropkiem. Szczególnie rozbawiło mnie jak w wywiadzie dla polskiej TV opowiadał o tym jak to on dobiera narzędzia wyrazu aktorskiego, w każdej roli inne. Tylko dlaczego, pytam, za każdym razem jest taki sam (czyli gra siebie)? Począwszy od jednej ze swoich pierwszych ról w telewizyjnym tasiemcu, po późniejsze role szowinistycznych świń, czy prymitywów wykorzystujących swoje kobiety.

A na koniec domagam się Oscara dla pieska Uggie'ego za film "Artysta". Był najzdolniejszy i popisał się najcudowniejszym aktorstwem z wszystkich nominowanych! Ten koń z "War horse" to się w ogóle nie umywa. Nno.

secretcircle.alloyentertainment.com



PS: tak tak, ja wiem, oni nie trzymają statuetki Oscara

sobota, 18 lutego 2012

#14 The Shield: Najprawdziwszy serial, jaki kiedykolwiek stworzono

www.loqueyotediga.net


The Shield w reżyserii Shawna Ryana odwzorowuje rzeczywistość z piekielną dokładnością. Tu nie ma taryfy ulgowej. Epizody kipią testosteronem, brutalnością i akcją, ale nie ma naciągania praw fizyki czy zdrowego rozsądku. Wystrzeliwanych kul jest dokładnie tyle, ile mieszczą magazynki. Siniaki i rozcięcia po uderzeniach są zawsze na miejscu. Prostytutki są brzydkie, bandyci są brutalni, a gliniarze nie pozostają im dłużni. Nawet klozet na posterunku zapycha z taką samą częstotliwością jak w prawdziwym życiu. Czyli często. Językowo też nie ma "ą, ę" - jak to często bywa w telewizji, gdzie rynsztok posługuje się niemal poezją. Postaci mówią językiem ulicy. I to tej najplugawszej. Nie ma więc kolorowania i wybierania łatwych rozwiązań. Nie ma też kpin z inteligencji widza.

W The Shield śledzimy losy specjalistycznej Grupy Uderzeniowej wyznaczonej do walki z gangami w fikcyjnym dystrykcie Farmington. Dowodzony przez Vica Mackeya (Michael Chiklis) oddział się nie cacka. Goście rozwalają wszystko co stanie im na drodze, używają metod szeroko uznawanych za nieetyczne a także kradną w imię szorstkiej, dziwnie pojętej sprawiedliwości. W pierwszej scenie serialu widzimy jak Mackey posyła kulkę w głowę jednego ze swoich ludzi. Szybko okazuje się, że Terry Crowley został podstawiony przez zwierzchników, by zdemaskować brudną działalność Vica i reszty. A zdrady się nie wybacza.

static.guim.co.uk


Grupa Uderzeniowa ma swoje podwaliny w The Crash (Community Resources Against Street Hoodlums), czyli zespole do walki ze zorganizowaną działalnością gangów, będącym częścią LAPD Rampart Division, patrolującym Rampart Boulevard w Los Angeles. W późnych latach 90tych ponad 70 policjantów z grupy Crash było zamieszanych w tzw “Rampart Scandal”. Członków Crash oskarżono m.in. o korupcję, kradzieże skonfiskowanych narkotyków, rozboje, a nawet morderstwo*.

Polski tytuł The Shield to "Świat gliniarzy", i o ile na ogół rodzime wersje tytułów są kompletnie nietrafione, to tym razem jest całkiem celnie. Bo śledzimy nie tylko przygody Mackyego i spółki. Shawn Ryan ukazuje bowiem pracę policji na kilku szczeblach, począwszy od krawężników, przez detektywów, na pracy grupy uderzeniowej kończąc. Każda z tych formacji ma tu swoich przedstawicieli. W związku jednak z wagą emocjonalną, mam wrażenie, że widz z największą uwagą śledzi poczynania tej ostatniej. "Strike Team" to Vic Mackey, Ronnie Gardocki, Shane Vendrell oraz Curtis Lemansky. Mieszanka wybuchowa zdolna wyważyć każde drzwi i przyskrzynić nawet najtwardszego bandziora, czy cały gang heroinowy. Postaci stanowiące trzon grupy uderzeniowej to całkiem różne charaktery.

bensbreakfastblog.files.wordpress.com


"Mackey to bardzo ciekawa postać": komentuje Chiklis. "Z jednej strony porządny facet, wykonujący świetną robotę, mający jeden z najwyższych współczynników aresztowań, i za to można go podziwiać. Z drugiej strony facet zabija innego gliniarza i kradnie mafijne pieniądze pochodzące z narkotyków. Działa wg własnego kodeksu postępowania. Jest manipulantem. Ale głęboko w sercu - jest moralny na tyle na ile pozwala mu sytuacja. Jest głową rodziny, o którą się troszczy, kocha swoje dzieci, zrobiłby dla nich wszystko. Vic ma dwie strony osobowości stojące w ciągłym konflikcie"*.

Shane (Walton Goggins) to kozak-kowboj, który zabiłby się skacząc z poziomu swego EGO na poziom swego IQ. Jest prawą ręką Vica, pozostając zawsze w jego cieniu, z czym to samo EGO nie pozwala mu się pogodzić. Lemansky (Kenny Johnson) jest najbardziej wrażliwy i prawy z całej czwórki. Mimo, że wykonuje swoje obowiązki bez mrugnięcia okiem i jest bardzo lojalny, ma też najwyraźniej zarysowane sumienie.Najcichszy jest Gardocki (David Rees Snell). Najmniej charakterystyczny, przez większość serii snuje się w tle drużyny niczym cień.

Produkcja błyszczy występami gościnnymi. Glenn Close w czwartym sezonie daje prawdziwy popis. Forest Whitaker natomiast, kradnie dla siebie cały sezon piąty i kawałek szóstego. Prócz tych bardziej czytelnych (bez wątpliwości) super gwiazd, mamy całą plejadę badass-ów kina klasy B lat 80tych. Jest tu m.in. Mark Rolston, czyli szeregowy Drake z Aliens, jest Carl Weathers grający w Predatorze oraz serii o Rockym. Smaczków tego typu jest więcej, należy się tylko mocniej przyjrzeć.

dvdactive.com


Wypada pochylić się dłużej nad występem Glenn Close, która gra nową kapitan "Stodoły" - Monikę Rawling. Jest wspaniała i tak jak wszystko w serialu - prawdziwa. Jest mocną osobowością. Portretuje perfekcyjną szefową - z jaką chciało by się pracować. Surową, ale sprawiedliwą i konkretną."Kiedy widzi się Michaela i mnie razem, czyli intelekt i finezję mojej postaci oraz jego spryt i siłę,"* mówi Close podczas wywiadu pomiędzy kręceniem scen - "Myślisz sobie, że to naprawdę idealna kombinacja". "Rawling dodaje ognia tej serii" - komentuje zdobywca Emmy - Chiklis. "Co jest lepsze od posiadania w serialu jednej mocnej i dominującej postaci? Posiadanie dwóch!" *.

guardian.co.uk


Drugi błysk występów gościnnych, to występ Foresta Whitakera, wcielającego się w postać detektywa Kavanaugha, którego celem jest usunięcie Mackyego oraz jego ludzi z ulicy, udowodnienie im przewin i w rezultacie umieszczenie ich za kratkami. Pragnie tego tak bardzo, że staje się to dla niego czymś więcej niż obowiązkiem - sprawą osobistą. A w dalszej części zdarzeń - obsesją. "Najdziwniejsze jest to, że widzowie odebrali postać Kavanaugha jako "tego złego". To chyba przez to, że ludzie są tak bardzo zakochani w postaci Vica, że zupełnie nie podobało im się, że moja postać próbuje go zapuszkować. A przecież to on jest tym złym, brudnym gliną" - śmieje się Whitaker - "to sytuacja w stylu: człowieku, lubię twoją postać, ale zostaw gościa w spokoju, ok? Odczepisz się?"*.

gdefon.ru


W Polsce "Świat Gliniarzy" nie wiedzieć czemu (albo wiedzieć czemu) się nie przyjął. To ogólnie (nie tylko u nas) jeden z najbardziej niedocenionych seriali. A przecież to tak dalece doskonała produkcja. Zakończenie każdego kolejnego sezonu zawiera emocjonalną bombę. Ale to co twórcy przygotowali w konkluzji całego serialu, to prawdopodobnie najlepsze zakończenie w historii telewizji. Najpowszechniejszą chorobą produkcji telewizyjnych jest rozciąganie fabuły do granic możliwości. Naciąganie wątków. Rozwiązania z kapelusza. Pozostawianie widza bez odpowiedzi. Na ogół twórcy zapędzają się w kozi róg tak bardzo, że nawet najbardziej spektakularna legenda rozmienia się na drobne (patrz LOST, Prison Break czy choćby Dexter). W The Shield wszystkie wątki są podomykane. Rzecz nie traci pędu nawet na moment i przez wszystkie siedem sezonów trzyma bardzo wyrównany poziom.

Jeżeli The Shield nie zasługuje na 10/10, to zwyczajnie nic nie zasługuje na taką notę.