poniedziałek, 18 czerwca 2012

#24 Anneke: Pod Minogą


fot. Shadyar

Sztuka pochodzi z głębszego miejsca. Integruje się z twoim systemem energii. Budzi w tobie cząstkę, o której nawet nie wiedziałeś, że ją posiadasz. Jaka szkoda, że niewielu posiadło umiejętność budzenia w nas tej cząstki. A może całe szczęście, bo w przeciwnym razie cząstka spowszedniałaby nam i nie byłoby się czym zachwycać. To unikalność przeżyć, niepospolitość i bezpretensjonalność wycieczek w to wyjątkowe miejsce jest sednem sprawy. Gdyby za każdym rogiem spotkać można by było Artystę, te drobne momenty przestałyby wzruszać. Jak głoszą niektórzy, świat, w swej złożoności, dąży do równowagi w każdym swoim przejawie. W przypadku sztuki jednak, mamy do czynienia z równowagą energii. Bo jeśli już wspominamy o równowadze, to z zasady powinno być tyluż Artystów, co zjawisk przeciętnych bądź słabych. A tak przecież nie jest. Artysta rodzi się jeden na tysiąc, może milion zjawisk I w tym właśnie, tkwi sekret. Mianowicie pozytywnej energii pochodzącej z jednego tylko performensu Artysty jest tyle, co beznadziei w tysiącu przeciętnych występów ligowej szarzyzny. Po co więc istnieje szarzyzna? Po cóż ją hołubić? Otóż, prócz założenia, że są różne gusta, jest jeszcze jeden aspekt - otóż szarzyzna i dno istnieć bezwzględnie muszą. Jeśli nie doświadczylibyśmy zjawisk przeciętnych, nie dostrzeglibyśmy tego, co naprawdę ważne, a w najlepszym razie nasze doznania straciłyby na intensywności.

 Zobaczyć koncert Anneke van Giersbergen na żywo to fantastyczne przeżycie. W poznańskim klubie Pod Minogą zebrało się blisko sto osób, by podziwiać występ byłej wokalistki The Gathering. Przed nią zagrali Kill Ferelli i Frames. O nich nie będzie, bo miało być o Artystach. Wspomnieni muzycy naprawdę porządnie zagrali, ale to jest kwestia oczekiwań. Chcesz by obudzono w tobie cząstkę, więc to naprawdę nie to. Chcesz by przepłynęła przez ciebie ta energia. Naturalnie wiele jest przeszkód na drodze do tego celu. Takich jak koszmarne nagłośnienie. Wydaje mi się, że widzowie w Polsce przyzwyczaili się do źle nagłośnionych koncertów i nikt nawet już tego nie krytykuje. Nikt się nie oburza, bo źle nagłośniony koncert, to norma. Polscy widzowie są jak bite żony, wracające do bijących mężów. Może się zmieni, może tym razem będzie lepiej. Cóż, sam jestem jak ta bita żona, bo na koncerty chodzę. Niemniej nie należę do grupy osób, które wychwalają akustyków, że to był najlepiej nagłośniony koncert na świecie - słowa mojego znajomego, który upierał się, że koncert Anathemy w Eskulapie był pod względem soundu bezbłędny. Nie był. Nawet nie leżał obok bezbłędności. Tym razem też tak było. Serio, co z wami, ludzie? Szczerze mówiąc chyba naprawdę nie słyszeliście dobrze nagłośnionego koncertu! Dlaczego w Słowacji czy Holandii w pierwszej lepszej wiosce można trafić na gościa, który ustawi dobrze dźwięk na koncercie? Ehh. Dość tego.

Wróćmy do Anneke, która jest magiczną artystką, roztaczającą wokół siebie niesamowitą aurę. A przy tym nie gwiazdorzy, pozostaje zwykłą osobą, którą można spotkać, ubraną w dres, w kolejce po bułki. Zaczęła koncert dokładnie tak, jak zaczyna się Everything Is Changing - jej nowa płyta - piosenką Feel alive. Naprawdę widać, że jest żywa i energiczna, i naprawdę szczęśliwa. To nie są puste słowa, którymi zapełnia wypowiedzi w wywiadach, jej naprawdę się układa. To wspaniała wiadomość. Dalej grała już przede wszystkim numery z nowej płyty, a także z Pure Air i In Your Room. Sięgnęła również po parę rzeczy The Gathering, zgodnie z doniesieniami z wcześniejszych koncertów trasy. W pewnym momencie zrobiła przerwę na dłuższą konferansjerkę. Opowiedziała o wspaniałych ludziach, z którymi przydarzyło jej się pojechać w solową trasę, pierwszy raz w charakterze headlinera. Opowiadała o świetnym zrozumieniu jakie panuje w grupie, o wspólnym szacunku i wspaniałej pozytywnej energii. Oraz o ostatnim wieczorze we Wrocławiu, gdzie 18 osobową grupą wybrali się po koncercie na tańce do jednego z tamtejszych klubów. Później setlista zaowocowała w rzeczy, na które bardzo czekałem, czyli Beautiful one oraz Circles. Podczas tego drugiego okazało się, że wspaniałe słowa o wspólnym szacunku, nie bardzo pasują niektórym pijanym idiotom, którzy pojawili się tamtego wieczora Pod Minogą. Kilku neandertalczyków klaskało w nierównym rytmie, bez jakiegokolwiek odniesienia do utworu, co naprawdę utrudniało odbiór wyciszonego, granego bez basu i perkusji Circles. Czy to miał być jakiś wredny żart? Czy te tłuki naprawdę myślały, że klaskając w połamanym rytmie sprawią, że zespół się pomyli? Nie udało im się zmylić zespołu, ale na pewno popsuli wrażenie. Poza tym przy nieco szybszych piosenkach zombie waliły pogo, zupełnie bez najmniejszego powodu. To nie był przecież żaden punk, rytm nie był aż tak skoczny, by popadać w taki szał. Niemniej, owszem, znam osobiście ludzi, którzy potrafią tańczyć pogo nawet do Radiohead.

Stałem w drugim rzędzie. Nagłośnienie było złe, więc niewiele słyszałem, ale moja podświadomość składała mi piosenki w całość. Poza tym niemal słyszałem Anneke bezpośrednio, bez nagłośnienia. Albo tylko mi się wydawało, ale to naprawdę kwestia połowy metra. Po koncercie zamarzyło się spotkanie, więc się czekało. Mało prawdopodobne, ale przecież możliwe. Jakże bliska się wydała wizja obcowania przez ułamek sekundy z Artystką. Jedną z tych, co rodzą się raz na nigdy. Jedną z tych, co mają w sobie tyle barw, by przynieść równowagę całej ligowej szarzyźnie.

1 czerwca 2012 roku, Pod Minogą, Poznań.

niedziela, 17 czerwca 2012

#23 Pstryk! I cię nie ma

meritum-news.com

„W pewne słoneczne popołudnie, kiedy nie czuł się dobrze, Steve siedział w ogrodzie za domem i rozmyślał o śmierci. Mówił o swoich doświadczeniach z Indii sprzed blisko czterdziestu lat, o nauce buddyzmu, o swoich poglądach na reinkarnację i duchową transcendencję. 
Z moją wiarą w Boga jest mniej więcej pół na pół - powiedział. - Przez większość życia uważałem, że za naszym istnieniem musi się kryć coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. Przyznał, że w obliczu śmierci być może przesadza z tą proporcją, kierowany pragnieniem wiary w życie pozagrobowe. Lubię myśleć, że po śmierci coś z człowieka zostaje - powiedział. - Dziwnie się czuję, myśląc, że zbiera się te wszystkie doświadczenia, może trochę mądrości, a potem to wszystko znika. Dlatego bardzo chciałbym wierzyć, że coś pozostaje, że może nasza świadomość nie umiera. 
Potem bardzo długo milczał.
Z drugiej strony jednak może to działa jak prosty przełącznik - powiedział. - Pstryk! I cię nie ma. 
Znów umilkł i lekko się uśmiechnął.
Może właśnie dlatego nigdy nie chciałem umieszczać wyłączników w urządzeniach Apple.

Z książki Waltera Isaacsona Steve Jobs

poniedziałek, 4 czerwca 2012

#22 Avengers


1.bp.blogspot.com

Ekranizację Avengers można było zepsuć na tysiąc sposobów. Reżyser filmu, Joss Whedon zajmował się wcześniej znacznie mniejszymi projektami, np. Buffy: Postrach Wampirów. Już taka wiadomość wystarczyła by przygotować się na najgorsze. Niemniej Avengers zrobiono najlepiej jak się dało.

Fabuła

Tak prosta jak to konieczne dla filmu o superbohaterach. Źli chcą zniewolić ziemię, więc dobrzy muszą ją obronić. Żadnego dorabiania ideologii na siłę. Avengers jest czystą akcją i tak należy ten film odbierać. Dodać wypada, że akcja jest tutaj podana z klasą. Setkę elementów, które widzimy na ekranie wyważono z mistrzowskim wyczuciem. Całość zasuwa jak pociąg towarowy.

Postaci

Wyraziste charaktery Iron Mana, Kapitana Ameryki, Hulka i Thora zajmują na ekranie porównywalną ilość czasu. Uzupełniają się. Fanboye każdego z bohaterów będą więc zachwyceni w równym stopniu. Na Avengers można patrzeć jak film, któremu przygotowano najdroższy hype na świecie. Każda z postaci gościła wcześniej na dużym ekranie w tzw. "originach", gdzie widz poznał początki każdego z herosów. Dlatego kiedy czterej znani bohaterowie lądują w jednym obrazie kinowym, to nie pozostaje zbyt wiele do dodania. Sukces jest murowany, i widać to świetnie choćby po 700 milionach dolarów zarobionych w jeden weekend. Do tego zestawu nie bardzo pasują jednak Hawkeye i Czarna Wdowa. Twórcy filmu niezbyt przekonująco starają się udowodnić, że zwykły człowiek jest w stanie dorównać Kapitanowi Ameryce i reszcie. W efekcie postaci grane przez Scarlett Johansson i Jeremy'ego Renner'a pałętają się pod nogami, a ich przydatność jest mocno wątpliwa.

Dialogi

Bohaterowie niemal nieustannie się kłócą, a ich docinki są naprawdę dobrze napisane i całkiem zabawne. Serio. Nawet przez moment nie czuć zażenowania w związku z kiepskim dialogiem.
  
Brak debilnego "comic relief"

Oszczędzono nam bohatera, którego zadaniem byłoby zdobycie serc małych dzieci. Obowiązkowo taka postać jest zawsze żenująco-slapstickowo niezdarna (bo to bawi małe dzieci!). Za to wielki plus dla twórców.

Brak wątku miłosnego

Na ekranie dzieje się tyle, że na "love interest" po prostu nie ma czasu ani miejsca. I to doskonała wiadomość dla widzów. Miłości herosów są na ogół wymuszone, naciągane i mało wiarygodne. Poza tym ukochane są traktowane bardzo przedmiotowo - są tylko kolejnym pretekstem do pchania akcji na przód (zły porywa oblubienicę, a bohater ratuje ją z opresji).

Realistyczna logika

Pomijając fakt, że film jest o ludziach, którzy posiedli supermoce, rzucają samochodami i przemieszczają się pomiędzy wymiarami - logika jest na swoim miejscu. Dobrym przykładem jest scena walki Thora z Hulkiem, kiedy syn Odyna wzywa swój magiczny młot, by spuścić łomot zielonemu barbarzyńcy. Broń jednak nie przylatuje do niego od razu, a dopiero po kilkudziesięciu sekundach. Chris Hemsworth musiał zapewne zostawić oręż gdzieś po drugiej stronie olbrzymiego statku "Tarczy". Niby detal, ale to właśnie z nich budowane są porządne filmy.

Sequel

Część druga powstanie na pewno i prawdopodobnie pobije rekord części pierwszej. Zapewne skład drużyny będzie inny - pamiętajmy, że w podstawowej czwórce Avengers byli Spiderman, Wolverine, Thor i Kapitan Ameryka. Wspaniale byłoby widzieć w takim filmie dwóch pierwszych. Jest to o tyle pawdopodobne, że w tym roku w kinach zobaczymy The Amazing Spiderman a w przyszłym - sequel Wolverina.

7/10

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

#21 Anathema: Weather Systems

                            Danny Cavanagh i ja, 03 października 2010 roku, Proxima, Wa-wa (fot: Mikołaj Kuchowicz)

Czułem, że umieram. Czułem wielki ból. Bardzo przerażające doświadczenie. Zacząłem się zsuwać. W pewien sposób, czując, że odchodzę, próbowałem trzymać się życia... Dam radę, dam radę... I dotarłem do miejsca, w którym po prostu nie mogłem... I wszystko zaczęło stawać się bardzo ciche. Pamiętam jak, z każdą uncją siły, która mi pozostała, chciałem pożegnać moją żonę, to było dla mnie ważne... I udało się. Pamiętam tylko jak odwróciłem głowę, spojrzałem na nią i powiedziałem... Umieram, żegnaj Joan... I stało się... 

Wtedy to doświadczyłem zjawiska, które nazywamy doświadczeniem pogranicza śmierci, dla mnie to nie było pogranicze śmierci, to była śmierć. To było całkowite zanurzenie w świetle, w jasności, cieple, spokoju, bezpieczeństwie... Nie miałem żadnych doświadczeń pozacielesnych, nie widziałem mojego ciała ani nikogo obok mnie, po prostu od razu wszedłem w to piękne, jaśniejące światło. Trudno to opisać, faktem jest, że to w ogóle niemożliwe do opisania. Nie da się tego wyrazić, to coś co staje się tobą i ty stajesz się tym... Mógłbym powiedzieć, że byłem spokojem, byłem miłością, byłem jasnością. To było częścią mnie... (Internal Landscapes).

 Tak kończy się Weather Systems. Nowy album Anathemy. Dla mnie ta płyta nie jest o śmierci. Nie jest też o życiu. A jeśli nawet, to nie bezpośrednio. To album o punkcie pomiędzy, który musimy przebyć. O tej konkretnej chwili, gdy odchodzi z nas życie. O tym co czujemy, czego żałujemy i czego pragniemy, gdy już wiadomo, że to koniec. Wyjątkowy wydźwięk ma taka interpretacja albumu Liverpoolczyków w kontekście zbliżającego się znów końca świata. I never seen a light that's so bright. Nigdy nie widziałem tak jasnego światła (Untouchable Part 2).

Nie wiem kim jest człowiek opowiadający o swoim doświadczeniu przejścia na drugą stronę. Ale to wspaniałe, że wrócił. I że nam o tym opowiedział. Pewien fragment jego relacji mnie zaskoczył. Zawsze sądziłem, że w czasie umierania czuje się dotkliwe zimno. Organizm się wyziębia, serce zwalnia, krew zatrzymuje bieg w żyłach. To zimno mnie w śmierci przeraża najbardziej. Zimno i strach. It's getting colder, Let it get colder until I can't feel anything at all. Robi się coraz zimniej. Niech się wyziębia, aż nie będę mógł niczego poczuć (The Storm Before The Calm). Więc kiedy usłyszałem na początku "Internal Landscapes", że ten mężczyzna umierając czuł ciepło, spokój i bezpieczeństwo... Uśmiechnąłem się do siebie. Nie próbuję powiedzieć, że wierzę, iż 21 grudnia 2012 roku nastąpi rzeczony koniec świata. I że muzycy Anathemy również w to wierzą, dlatego nieprzypadkowo w takiej atmosferze przeprowadzają nas dźwiękami przez ten album. Bo koniec życia na ziemi miał już nastąpić setki razy i nikt już się tym nie przejmuje. Próbuję powiedzieć, że koniec świata następuje każdego dnia. Koniec czyjegoś świata. Bo na każdego z nas kiedyś przecież przyjdzie czas.

Bracia Cavanagh zawsze mieli smykałkę do ilustrowania muzyką zjawisk trudnych do uchwycenia słowem. Bo tylko muzyką można zapisać i wyrazić EMOCJE. Nagrać je na jednej stronie kuli ziemskiej, wysłać Internetem i dać do posłuchania komuś, kto znajduje się na drugiej stronie globu. Słowa mają zbyt małą moc, by móc opisać uczucia. Muzyka to jedyna znana mi wykładnia, jedyne tak precyzyjne narzędzie do zapisywania czegoś tak nieuchwytnego jak stan emocjonalny.

Weather Systems to także płyta o pogodzeniu się, o rozliczeniu się z życiem, o podsumowaniu. O potrzebie powiedzenia "kocham cię". O potrzebie usłyszenia "kocham cię". Say you will love me until I leave the world. Powiedz, że będziesz mnie kochać aż przyjdzie mi opuścić ten świat. (Sunlight). W tym konkretnym momencie zostawiamy na ziemi wszystkich których kochaliśmy, wszystko co posiadaliśmy, wszystko czym byliśmy. Zostawiamy za sobą wszystkie miejsca, wszystkie chwile w pamięci, każdy śmiech, każdy płacz. Każdą złość i każdą dobroć. Każdą naszą ludzką cząstkę. Każdy z nas będzie musiał przez to przejść. Prędzej czy później. To niewymownie smutne, bo jesteśmy tak bardzo przywiązani do życia. I had to let you go. To the setting sun. And find a way back home. Musiałem pozwolić Ci odejść. W stronę zachodzącego słońca. Byś odnalazła drogę do domu (Untouchable Part 1).

Weather Systems to również wołanie o to by doceniać życie. Jakkolwiek parszywe by ono nie było. Bo to przecież jedyny nasz dar i jedyna nasza szansa. For this world is wonderful, so beautiful. If only you could open up your mind and see. Ten świat jest niesamowity, jest piękny. Gdybyś tylko mogła się otworzyć i zobaczyć. (Lightning song). Fight for what you believe in. Dare to live your dream In this life don't be afraid of yourself. Walcz o to, w co wierzysz. Ośmiel się żyć marzeniem. Nie bój się siebie (The Gathering Of The Clouds). Weather Systems to w końcu płyta o pamięci: Inside is the key to a memory. Wewnątrz jest klucz do pamięci (The Beginning And The End) i miłości w kontekście śmierci: My life is fading now. But your hand reaches down (...) and pull me out and... Save me. Moje życie gaśnie. Ale twoja dłoń sięga w dół (...) by mnie wyciągnąć... Uratować mnie (The Lost Child).

Widziałem koncert Anathemy w Eskulapie w Poznaniu 22 kwietnia 2012 roku. Sala była wypełniona po brzegi. Zarówno ten, jak i krakowski koncert - zostały wyprzedane na pniu. Rozpoczęli tak jak na nowej płycie. I zakończyli również tak jak kończy się ostatnie wydawnictwo. Wspomnianą klamrą koncertową oraz tym co zagrali pomiędzy udowodnili po raz kolejny, że muzyka może być czymś więcej niż sączącym się podkładem do życia. Że uczestnicząc w takim wydarzeniu możesz przeżyć coś niezwykłego. Miałem wrażenie, że tamtego niedzielnego wieczora odczuwali wszyscy. Tym razem nawet zabrakło przysłowiowego statystycznego idioty, wioskowego głupka, który na każdym koncercie zdarzyć się po prostu musi, przeszkadzając w odbiorze koncertu. Nie tym razem!

Nawet mankamenty w nagłośnieniu nie przeszkodziły nikomu w przeżywaniu wydarzenia każdą komórką organizmu. Dlaczego piszę o mankamentach nagłośnienia? Cóż. Możliwe, że wielu zgromadzonych w Eskulapie widzów nie podzieli mojego zdania (bo byli zbyt pochłonięci), ale ten koncert nie był nagłośniony dobrze. Znośnie zabrzmiały te fragmenty i te piosenki, gdzie jest najwięcej przestrzeni. Gdy tylko wchodził przester, słychać było hybrydę piły tarczowej i kosiarki, przez które pozostałe instrumenty nie dały rady się przebić. Za słabo słychać było bas, proporcje innych instrumentów również pozostawały wiele do życzenia. Momentami nie było słychać chórków. Solówkę Dannego we Flying usłyszałem tylko dlatego, że moja podświadomość mi podpowiedziała, że ta solówka tam jest. Dla kogoś, kto nie zna każdej piosenki jaka tamtego wieczora została zagrana, to co śpiewali Vincent, Danny i Lee Douglas było chwilami całkiem niezrozumiałe. Zanim ktoś mi zarzuci, że się czepiam - zastanówcie się. Czy przypadkiem nie jest tak, że Wasz mózg podpowiedział Wam co znajduje się w danym momencie i poskładał Wam to wszystko tak, że zabrzmiało dobrze? Zastanówcie się, czy podczas otwierającego zespołu Amplifier usłyszeliście którykolwiek kawałek selektywnie? Czy dotarł do Was choć jeden moment wokalu frontmana, który przebił się przez ścianę dźwięku?

Ale w porządku, może faktycznie się czepiam. Po prostu jestem wyczulony na te sprawy. Na dalszą metę to wszystko i tak nie ma znaczenia. Bo byłem tam i niedopracowane nagłośnienie, gorąco, tłok, czy obciążenie fizyczne nie przeszkodziły mi w tym by doznać. Bo kiedy zamknąłem oczy, tam było światło, wszystko było zbudowane ze światła. A oni grali: Untouchable Part 1, Untouchable Part 2, Lightning Song, Thin Air, Dreaming Light, Everything, Deep, Emotional Winter, Wings Of God, A Simple Mistake, Storm Before The Calm, The Beginning And The End, Universal, Panic, The Lost Child, Internal Landscapes, Closer (bis), A Natural Disaster (bis), Flying (bis) oraz Fragile Dreams (bis).

To jest takie piękne. To była wieczność. Tak, jakby... Jakbym zawsze tam był i zawsze już tam będę... Że moje ziemskie istnienie było bardzo krótkie, chwilowe...  

czwartek, 12 kwietnia 2012

#20 Filmy lutego - część 2

cdn2.dailycaller.com


Druga część zestawienia filmowego w lutym.

18 lutego
Albert Nobbs (2011) - 7/10 - Inteligentnie zrealizowane kino z drobiazgową konstrukcją postaci. Opowieść o kobiecie w przebraniu mężczyzny, która spędziła życie próbując wtopić się w tłum, pozostać niezauważoną. O kobiecie zaprzeczającej swej prawdziwej tożsamości - by przetrwać. Glenn Close idealnie pasuje do roli. Jej Alfred jest drobny, delikatny, wrażliwy, introwertyczny. Ponad wszystko jednak silny, znoszący wiele upokorzeń, bo wyobraża sobie, że na końcu tego tunelu musi być światło. Na twarzy aktorki wykonano gruntowną charakteryzację (do tego stopnia, że jest prawie nie do poznania), ale Close gra przede wszystkim oczami. Czuć w jej spojrzeniu smutek, ból, lęk, a także nadzieję. Spojrzenie pozostaje w naszych głowach jeszcze długo po seansie. Kapitalnie wypadają też postaci drugoplanowe, grane przez Janet McTeer oraz Mię Wasikowską. We współczesnym kinie mało jest okazji podziwiać na ekranie prawdziwych ludzi. Jeśli pasjami zwykliście delektować się aktorstwem na fantastycznym, doskonałym poziomie - sięgnijcie po ten film.

Wojownik - Warrior (2011) - 5/10 - Multinominowany do zeszłorocznych Oscarów "Fighter" potrafił wciągnąć nawet widza nie znoszącego banalnego tematu bokserskiego. "Warrior" nie idzie w te ślady. Z resztą, twórcy filmów o bokserach z gruntu skazani są na przewidywalność i powtarzalność. Nawet przed obejrzeniem "Wojownika" można bez pudła powiedzieć jak będzie. Niedoceniony, zapomniany bokser na którego nikt nie liczy dokonuje cudu i wygrywa ważną walkę. Najczęściej wygranie tej walki może zmienić życie jego i całej rodziny, więc stawka jest wysoka. Anglicy powiedzą: cliché. My powiemy raczej: banał (klisza?). Tak jest za KAŻDYM razem, gdy idzie o kino bokserskie. Różnice są w otoczce. Tym razem były żołnierz marine powraca do rodzinnego domu. Zabiegając o wsparcie ojca, byłego alkoholika i trenera, postanawia wziąć udział w turnieju MMA. Tymczasem jego brat ledwo wiąże koniec z końcem. Gdy zostaje zawieszony w pracy - powraca na amatorski ring, by zapewnić byt rodzinie. Pytanie się nasuwa samo - po co robić kolejne filmy o tej tematyce? Wiadomo, gdyby to był mój pierwszy boxing-movie, zachwyciłbym się historią. Ale w 1976 roku John G. Avildsen nakręcił Rocky'ego. Pamiętacie?

19 lutego
Hugo i jego wynalazek - Hugo (2011) - 6/10 - Film Scorsese jest wizualnie przepiękny. Szkoda, że reżyser zapomniał dodać do tego równie przekonującą historię. Hugo jest obrazem wzniosłym, zbyt jednak zachowawczym by być dobrą rodzinną rozrywką. Momentami zwyczajnie nuży. Nie do końca wiadomo też jaki był zamysł, bo rzecz wydaje się być zbyt dojrzała jak na kino dla dzieciaków i zbyt kreskówkowa jak na kino dla dorosłych. W jednej chwili widzimy fantazję, w której księżyc jest większy niż wieża Eiffla, a chwilę później sprawy nabierają realizmu - przedstawia się nam biografię jednego z pionierów kina. Wielkim plusem są fragmenty stuletnich filmów George'a Melies'a zaprezentowane w sposób, jakby były stworzone wczoraj. Internet zaś huczy od skrajnych ocen - albo dziesiątki albo jedynki. Żadnych piątek czy szóstek. Wygląda na to, że nie można przejść obok niego obojętnie.

24 lutego
 Planeta Małp - Planet of the apes (2001) - 4/10 - Remake filmu, który nie potrzebował remake'u. Szczególnie boli, że nową wersję stworzył Tim Burton. To dowód, że facet jednak potrafi robić przeciętne filmy. Nie powiem "złe", bo rzecz ogląda się wprawdzie bezrefleksyjnie, ale znośnie. Postaci są papierowe a dialogi płytkie. Wiele rozwiązań jest naciąganych lub zwyczajnie wygodnych dla scenariusza. Np. dlaczego ktoś miałby wysyłać małpę do zbadania burzy energetycznej? Jeśli to takie interesujące, anormalne zjawisko, szalenie istotne z perspektywy prowadzonych badań, dlaczego nie wysłać człowieka? Szczególnie, że gdy małpa znika bez odpowiedzi, to w jej ślad, tak czy inaczej, zostaje wysłany Mark Wahlberg. Nie można było przewidzieć, że tak to się skończy? Wersja Tima Burtona w wielu miejscach znacznie odbiega od oryginału z 1968 roku. Brakuje też słynnej szokującej sceny zamykającej tamten film. Co na plus? Fantastyczna charakteryzacja.

25 lutego
Mój tydzień z Marilyn - My week with Marilyn (2011) - 7/10 - Zawiodą się ci, którzy oczekują po tym filmie skandali, ekscesów, demolowania hotelowych pokoi i ognistych scen miłosnych. Oglądamy tutaj Marilyn poza fleszami i przy zgaszonych światłach. Marilyn bardziej prywatną, wyciszoną, zmęczoną całym wykreowanym wokół niej szaleństwem. Twórcy prezentują różne punkty widzenia. Czy była bystrą, drapieżną kobietą mającą wpływ na odbiór jej postaci oraz odcinającą kupony? A może była smutną, uzależnioną od sławy ofiarą? Czy też zwyczajną dziewczyną poszukującą miłości i szczęścia, które zostały wykolejone przez jej status gwiazdy? Reżyser i scenarzysta przedstawiają wszystkie te interpretacje odmawiając udzielania odpowiedzi.

Bez reguł - Unthinkable (2010) - 6/10 - Samuel L. Jackson jest w swoim żywiole. Bije, krzyczy, przeklina, torturuje. W kieszeni ma swój ulubiony portfel z napisem "Bad Motherfucker". Właściwie dzięki jego występowi tak dobrze ogląda się ten film. I można nawet przymknąć oko na dziury w logice czy kpinę z widza (zagrożeniem są trzy bomby atomowe, które Yusuf Atta Mohamed skonstruował w domu!) oraz na litry poprawnie politycznej papki jaką twórcy wylewają nam na głowy podczas seansu. W gruncie rzeczy sugeruje się nam, że jedynym sposobem na uratowanie świata są brutalne tortury. A może zadziała prostszy sposób: "nie zabijajcie ich, to oni przestaną próbować zabić was"? Tak czy inaczej twórcy przedstawiają rząd USA w niekorzystnym świetle. Torturowanie ludzi budzi oczywiste kontrowersje bez względu ile istnień ludzkich dzięki temu można ocalić. Może dlatego "Unthinkable" nie miało zbyt spektakularnej promocji, mimo gwiazdorskiej obsady.