niedziela, 30 września 2012

#27 Jesteś Bogiem



Kilka rzeczy przyszło mi do głowy po seansie długo przeze mnie wyczekiwanego Jesteś Bogiem Leszka Dawida. Po pierwsze to, że pokolenie moich rodziców nie zrozumie tego filmu w sposób, w jaki rozumieją go moi rówieśnicy. Przepaść jest zbyt głęboka, więc Magik pozostanie dla nich tylko ćpunem, któremu się we łbie poprzewracało, więc skoczył z okna po zarobieniu paru złotych z rapowania debilnych i wulgarnych zwrotek. Dostrzegam jednak pewną zabawną powtarzalność dziejową. Mam oczywiście świadomość, że porównania za moment użyję bardzo górnolotnego, ale mimo to uważam, że warto w tym przypadku uciec się do przesady. Otóż dla pokolenia moich rodziców (rocznik 1960) Paktofonika to takie same ćpuny grające dekadencką muzykę dla wykolejeńców, jak The Beatles... dla pokolenia rodziców moich rodziców:) Przecież John Lennon i reszta przećpali w życiu kilka ciężarówek narkotyków, ubierali się szokująco dla ówczesnego świata, fryzury nosili (jak na tamte czasy) niechlujne, obnosili się bezczelnie, a słownictwa także używali mało obyczajnego. A muzyka? Hałaśliwa, nie przypominająca w niczym tego, czego słuchało się w czasach młodości moich dziadków. Beatlesi na świecie zresztą, podobnie jak Paktofonika w Polsce, przetarli szlak wykonawcom grającym podobną muzykę. I dokładnie to samo zrobili chłopcy ze Śląska, będąc nagrodzeni za swoją do bólu autentyczną twórczość Frederykiem. Jedną z ważniejszych nagród rodzimej fonografii. To był wielki przełom. Udało im się zmienić kijem bieg rzeki. To samo co, oczywiście na dużo większą skalę, udało się Beatlesom. Oczywiście nie zamierzam się w żadnym sensie ze starszym pokoleniem kłócić, udowadniać im, że PFK to przecież jest sztuka wysoka, że oh i ah, starzy nie rozumieją, bo zacofani. Nie. Głupstwem byłyby takie próby. Kłótnie międzypokoleniowe zawsze były i będą najbardziej bezsensownymi czynnościami na Ziemi. I podobnie moje pokolenie w przyszłości nie zrozumie pokoleń nadchodzących. Już mam pewne trudności obserwując to, czego słuchają 15-latkowie;)

Druga rzecz przychodząca mi do głowy po seansie Jesteś Bogiem jest taka, że każde pokolenie ma swój hymn, i jeśli piosenka Jestem Bogiem ma być hymnem dla tych, którzy jako pierwsi dorośli w autonomicznej Polsce, to najwyraźniej taki jest znak czasu. Mnie muzyka Paktofoniki towarzyszyła dość szeroko na początku wieku (jak to dobrze brzmi!) i przyznam, że znakomicie słuchało się tych bitów i tekstów, mimo że ja za hip-hopem wcześniej nie przepadałem i dziś nadal nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nic poza Paktofoniką (i jej pochodnymi). Oni mieli w twórczości coś zawartego ponad podziałami muzycznymi, jakiś uniwersalny przekaz. Wyjątkową energię i autentyczność. Wygląda na to, że jeśli masz je w sobie, to nie ważne co byś w życiu robił, to w końcu się przebijesz. Ludzie łakną autentyczności i silnych emocji, a w muzyce Paktofoniki słychać było, że rapowali tak, jakby robili to po raz ostatni w życiu.

Znam jak Ty te noce nieprzespane
By nad ranem
Zawikłane kwestie podejść z nowym
Planem jak z taranem
Dokładnie znam to
Mam te same
Myśli skołatane
Znam to, jest mi znane uczucie z tym związane
Co jest grane?
Marzenia niewypowiadane
Zapominane bo nie doczekałem się na zmianę
Przekonanie
Że po którymś ciosie się nie wstanie
Co jest grane?
Czasem głupie pytanie, nie?



Mnie się udało Rahima, Fokusa i Maćka Pisuka (autora scenariusza) poznać osobiście. Z Rahimem robiłem wywiad przy okazji jego trasy z L.U.C-em (promując płytę Homoxymoronomatura). Poza tym, organizowałem też spotkanie w Empiku z Maćkiem Pisukiem, Fokusem i oczywiście Rahimem przy okazji wydania książki "Paktofonika. Przewodnik Krytyki Politycznej". Pomagałem też chłopakom zorganizować koncert promujący tę książkę. Miałem okazję kilka razy rozmawiać z Maćkiem Pisukiem również o filmie, który miał dopiero powstać. Kiedyś, podczas ponad godzinnej rozmowy, opowiadał mi o tym jak książka ma któregoś dnia posłużyć za scenariusz filmowy i jak trwają poszukiwania środków na realizację filmu. Wówczas usiłowałem podsunąć Pisukowi reżysera Grzegorza Lipca ze Sky Piastowskie i temat oboje podchwycili, bo Grzegorz jest fanem Paktofoniki, a Maciejowi nie obca była twórczość filmowa Sky. Niestety do współpracy nie doszło, gdyż scenarzysta był już związany pewnymi zobowiązaniami i tak reżyserem został Leszek Dawid. Koniec końców uważam, że wyszło na dobre, że to nie Lipa zabrał się za historię Paktofoniki, bo obawiałbym się, że charakterystyczny styl Grzegorza przejąłby kontrolę nad dziełem i poprowadził całość w niebezpieczne rejony.

(...) Życie diametralnie inne niż to na ekranie
Walka o przetrwanie
(...) Wprowadza mnie w stan gdzie jest zdecydowanie
Za dużo sytuacji które szybko nużą
Za dużo ruchów które niczemu nie służą
Dużo za dużo akcji które wszystko burzą
Które źle wróżą
Tak jak cisza przed burzą
(...)


A może Lipiec zrobiłby film, jakiego wielu oczekiwało, czyli oparty o wiwisekcję psychologiczną głównego bohatera, z większym naciskiem na proces jego uzależnienia i zabrnięcia w uliczkę, z której nie było już odwrotu? I tu dochodzę do trzeciej rzeczy, która przyszła mi do głowy po seansie. Dobrze się stało, że film przybrał taką postać, jaką zobaczyliśmy na ekranach. Nie wchodźmy Magikowi do głowy. Z filmu dowiadujemy się dokładnie tyle, ile wiadomo z przekazów jego bliskich, rodziny, przyjaciół, współpracowników i mediów. Ani mniej, ani więcej, i niech tak zostanie. Maciej Pisuk zrobił kawał dobrej roboty przygotowując najpierw książkę, a później scenariusz filmowy. Spędził wiele miesięcy z ludźmi z bliższego i dalszego otoczenia Magika, wiele godzin rozmów, ogromne ilości bajtów danych zapisanych na nośnik. Wreszcie z końcowego efektu bardzo zadowoleni są Rahim i Fokus, a to moim zdaniem bardzo dobra wiadomość dla twórców. Aby zadowolić tych, którzy kręcili nosem po seansie, należałoby wiele rzeczy po prostu zmyślić, wyciągnąć wyssane z palca wnioski, które kompletnie mogły nie pokrywać się z rzeczywistością. Dlaczego Magik się zabił? Niech pozostanie to jego tajemnicą. Zresztą film pozostawia widzowi szerokie pole interpretacji, kilka razy delikatnie akcentując ten bolesny aspekt.

Trzeba było myśleć gdy
Po fakcie łzy zalały ci oczy
I tak przez siedem dni
Gdzie ten sen się śni
Tak więc witam Cię dniu z poziomu fotela
Z wnętrzy M3
Witam cię, dniu niewdzięczny
Tu po tej drugiej złej stronie tęczy
Witam bez kwiatów naręczy
Bez zastrzeżeń
Dzień, który przede mną piętrzy
Jeszcze większy
Cień nad światem wewnętrznym
Witam, choć z dnia na dzień bardziej niezręczny
Jest tenże gest nikt mnie nie wyręczy
(...)


Jesteś Bogiem to znakomita ilustracja tamtych czasów. Chyba każdy ma wujka lub ojca, który odpowiadał na wszystkie pytania programu TVP Jeden z dziesięciu, łaknąć oczami pochwał po każdej poprawnie udzielonej odpowiedzi. Wielu też zna sytuację, kiedy to leciał w TV ulubiony program, a trzeba było w tym czasie być gdzieś indziej, więc ustawiało się nagrywanie w odtwarzaczu wideo na konkretną godzinę. Oczywiście informując wszystkich domowników, aby nie dotykali telewizora! Takich smaczków można wychwycić w tym filmie dziesiątki. I na koniec aktorzy. Nieznani, młodzi, doskonale przygotowani do roli. Marcin Kowalczyk, Tomasz Schuchardt i Dawid Ogrodnik idealnie odrobili lekcje. Mimo różnic aparycji w stosunku do oryginałów, mimika, styl mówienia, gesty są na właściwym miejscu i stoją na naprawdę wysokim poziomie. Szczególnie wielkie wrażenie robi Marcin Kowalczyk recytując zwrotki "Kalibra 44" na klatce schodowej, tłumacząc Rahimowi, żeby dawał z siebie wszystko na scenie, oraz moment w którym ekranowy Magik występuje solo przed publiką, która wygwizdała pierwszy występ Paktofoniki na żywo. Nawet jeśli wszyscy już w ciebie zwątpili, pokaż, że się mylili - recytuje w natchnieniu Kowalczyk. Te wszystkie Koty, Adamczyki i wiele innych tuzów polskiego kina, powinno natychmiast zakończyć kariery ze wstydu, że ta trójka młodzieńców pobiła jednym występem cały ich aktorski dorobek!

Chcesz też uwierz
Ja dostarczę Ci tarczę
Może nie wystarczę
Ale będę tuż obok
Prócz ciebie nie ma mnie dla nikogo


8/10

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

#26 Prometeusz

mmopole.pl


Odkąd twórcy kina władają najnowocześniejszą techniką budowania światów i przedstawiania ich w najbardziej (nie)wiarygodny sposób, wszystko podawane jest widzowi na tacy. Odkąd wszystko, co tylko wymyślą może się pojawić na ekranie z dbałością o precyzję każdego szczegółu, nie muszą już ukrywać mankamentów w cieniu, grać światłem i emocjami bohaterów.

Paradoksalnie, takimi zabiegami budowano napięcie i atmosferę tajemnicy w filmie Alien z 1979 roku. Bestia pojawia się na ekranie na kilka urywków sekund. Widzimy ją być może raz, dwa razy. Resztę uzupełniają klaustrofobiczne pomieszczenia, strach przed nieznanym złem, garstka ludzi, którzy wierzą aż do ostatniej chwili, że są jeszcze w stanie kontrolować sytuację. Inna rzecz, że seria o obcych była w zamierzeniu po prostu rozrywką - horrorem z elementami kina akcji, bez pretensji do bycia czymś więcej. Prometeusz Ridleya Scotta ma wyższe aspiracje. Chce odpowiadać na filozoficzne pytania - skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Pragnie obalić podejścia ewolucjonistów i kreacjonistów jednym kamieniem. Dowiadujemy się w końcu, że te same istoty, które stworzyły ludzkość tysiące lat temu, teraz chcą tę ludzkość uśmiercić za pomocą broni biologicznej, której nawet sami nie potrafią kontrolować. Dlaczego chcą nas zgładzić? Czy stworzenie nas było błędem? Nie wiemy. Dostajemy więcej pytań niż odpowiedzi. W sumie odpowiedzi nie dostajemy żadnych. W zamian, na koniec, dostajemy środkowy palec: " chcecie odpowiedzi? Wróćcie do kina na kolejne części".

W tym filmie wiele rzeczy jest nie tak. Przede wszystkim stare pomysły przepuszczono przez maszynkę do mięsa, podrasowano efektami komputerowymi i poddano gruntownemu recyklingowi. To wszystko już było, i było zrobione dużo lepiej. To tak jakby stary pomysł opakować w nowe pudełko z masą bajerów i holograficznymi projekcjami. To nic, że piękne zdobienia rozwalają się już po kilkunastu minutach. To nic, że film ma dziury, a rozwiązania fabularne są naciągane i momentami po prostu śmieszne. Całość sprawia wrażenie, jakby Scott oryginalnie przygotował o wiele dłuższy film, trwający kilka godzin i dopiero wytwórnia przycisnęła go, by rzecz skrócił do formatu kinowego. Dlatego wiele wątków jest niewyjaśnionych, a całośc przypomina zbitkę przypadkowych pomysłów. Może kiedy wyjdzie Director's Cut, nagle się okaże, że to wszystko ma sens?

Mimo wszystko, nowy film Ridleya Scotta to ciekawa rozrywka (jeśli uodpornić się na bzdury i dziury). Zobaczcie choćby dlatego, że projekt jest doskonale wykonany wizualnie. Miło jest znów przespacerować się po znanych miejscach - statku kosmicznym czy obco-wyglądających jaskiniach. Zobaczyć genialną robotę szwajcarskiego surrealisty H.R. Gigera, który znów spisał się wyśmienicie. Kiedyś, jeden z muzyków Emerson, Lake and Palmer, powiedział o nim, że to taki gość, u którego w domu nawet nie jesteś w stanie spokojnie skorzystać z wychodka, bo obawiasz się, że ze za moment coś wyjdzie ze ściany i cię zdławi... Co jeszcze..? Hmm. Na pewno wyborny popis Michaela Fassbendera, grającego androida Davida. Pozostałe postaci są raczej jednowymiarowe. Tak, nawet Noomi Rapace i Charlize Theron! Poza tym, Prometeusz (biorąc pod uwagę uniwersum Aliena)  jest o wiele lepszy od AVP i AVP2. Choć w sumie... 8latek wyreżyserowałby lepsze filmy niż Anderson, więc to właściwie żaden argument. Wygląda na to, że szukam na siłę pozytywów, bo przez dłuższy czas po wyjściu z kina trudno mi było przyznać przed sobą, że nie było tak, jak sobie wyobrażałem że będzie.

Największy problem Prometeusza jest taki, że próbuje odpowiedzieć na pytania, które Ridley Scott postawił trzy dekady temu. Czym jest obcy? Kim są jego twórcy? Skąd pochodzą? Co chcieli osiągnąć? Od tego czasu kilka pokoleń zdążyło odpowiedzieć na te pytania na własny sposób za pomocą WYOBRAŹNI, czyli tego, na co wydaje się nie być już miejsca we współczesnym kinie sci-fi. Powstało tysiące fanowskich publikacji nawiązujących do Ósmego pasażera Nostromo. Obcy stał się inspiracją dla wielu. Patrząc choćby na to dziedzictwo, łatwo jest odświeżyć starą jak świat konkluzję: niektóre rzeczy powinno się po prostu pozostawić w spokoju, i w takim kształcie, w jakim funkcjonowały w wyobraźni kilku pokoleń.

6/10

piątek, 27 lipca 2012

#25 The Amazing Spiderman

cdn.screenrant.com

The Amazing Spiderman Marca Webba to ekranizacja komiksu, do realizacji której zatrudniono prawdziwych aktorów. To doprawdy niecodzienny zabieg. Stereotyp głosi, że amatorzy komiksów nie chodzą do kina by podziwiać grę aktorską. Chcą strzelanin i bijatyk. I wspaniałych efektów specjalnych. Aktorzy mogli by, równie dobrze, być wygenerowani przez komputer. Na przekór temu, w filmie Webba, sceny rozmów Emmy Stone i Andy'ego Garfielda są wspaniałym popisami. Pełne doskonałej mimiki, zawieszeń, wstydliwości, zakłopotań, nieśmiałych westchnień, ukradkowych uśmiechów i spojrzeń wyrażających więcej niż słowa. Po prostu wszystkiego tego, co można zobaczyć na twarzach dwójki prawdziwych młodych ludzi z krwi i kości.

I to jest najmocniejsza strona tego filmu. Na drugim miejscu plasują się efekty specjalne. Nawet przez chwilę nie można się dopatrzeć pracy komputera. I tylko logika podpowiada, że trzy-metrowa jaszczurka grasująca po nowojorskich ściekach nie może się dziać naprawdę. Podobnie jak facet w czerwono-niebieskim trykocie szybujący ponad dachami budynków.

Rozwiązania fabularne są bardzo nierówne. Fantastyczną sceną jest ta, w której Peter dostaje lanie od Flasha Thomsona - ciosy są tak realistyczne, że czujemy jakbyśmy właśnie dostali w pysk. Spiderman oberwie w trakcie filmu jeszcze wiele razy, zbierze kolekcję siniaków, ran, a nawet dostanie kulkę. Twórcy starają się zachować logikę praw fizyki, na tyle, na ile to możliwe w uniwersum Marvela. Z kolei dziwną logiką posługują się niektóre postaci w tym filmie. Kiedy ugryzienie pająka daje Peterowi nadludzką moc, chłopak może bez problemu odpłacić się Thomsonowi. Sposób w jaki Parker upokarza niedawnego prześladowcę jest zrealizowany okropnie i przesadnie. Chłopak popisuje się przed całą szkołą nadludzkimi umiejętnościami i kompletnie nikt nie zadaje żadnych pytań. Dwudziesto-metrowy skok z piłką i zdemolowanie połowy sali gimnastycznej to na pewno coś, co jest na porządku dziennym. Wzruszamy ramionami i wracamy do zajęć. Dziur w scenariuszu jest więcej, ale wymieniać można do rana, a ja mam inne rzeczy do roboty;)

Naturalnie, jak w każdym filmie o superbohaterach, najlepszym fragmentem jest nauka jak być Człowiekiem Pająkiem. Początki są oczywiście niezdarne, pełne eksperymentów, prób i błędów. Parker biega po mieście w prototypie stroju pająka i bije oprychów. Nad tym wszystkim unosi się tajemnica śmierci rodziców Parkera oraz smutne wydarzenie - morderstwo wuja Bena, które jest katalizatorem decyzji Petera o zwalczaniu przestępczości.

Finał jest bliski banału. Powtarza się wytarty schemat - wybitny naukowiec poświęca się swojemu dziełu tak dalece, że zostaje przez nie pochłonięty do szaleństwa. Tym razem w obsesję popada doktor Curt Connors, pragnący zrekonstruować utraconą w wypadku rękę, za pomocą genów jaszczurki. Nie trzeba być znawcą komiksów Marvela, żeby domyślić się co będzie dalej. Connors mutuje w Lizarda i wprowadza w życie złowieszczy plan - zamienić wszystkich mieszkańców NY w gady. Pomóc ma mutagen rozpylony z najwyższego budynku w mieście. Podobnym finałem kończy się Batman, Batman Begins, X-Men i wiele innych. Eh. Wymyślcie coś nowego!

Filmowi daleko do ideału, twórcy permanentnie chodzą na skróty, wiele rozwiązań jest po prostu wygodnych dla scenariusza, przez co mało logicznych nawet w świecie Spidermana. Niemniej, można wybaczyć. To w końcu ekranizacja komiksu, a ściślej - komiksu o Spidermanie, gdzie rozwiązania typu Deus Ex-Machina widywać można było za każdym rogiem, czarne charaktery miały zawsze te same motywacje, a postaci wracały z martwych od tak, kiedy tylko było to wygodne dla twórców. Jeśli więc oryginał, na podstawie którego powstał film, obiera pewną konwencję, to ciężko mieć pretensje, że ekranizacja nie przyjmuje innej. Nawet Nolanowi (twórcy Batmana) nie udało się uciec od banałów. Najwyraźniej bez nich nie da się opowiedzieć superbohaterskiej historii.

6/10

poniedziałek, 18 czerwca 2012

#24 Anneke: Pod Minogą


fot. Shadyar

Sztuka pochodzi z głębszego miejsca. Integruje się z twoim systemem energii. Budzi w tobie cząstkę, o której nawet nie wiedziałeś, że ją posiadasz. Jaka szkoda, że niewielu posiadło umiejętność budzenia w nas tej cząstki. A może całe szczęście, bo w przeciwnym razie cząstka spowszedniałaby nam i nie byłoby się czym zachwycać. To unikalność przeżyć, niepospolitość i bezpretensjonalność wycieczek w to wyjątkowe miejsce jest sednem sprawy. Gdyby za każdym rogiem spotkać można by było Artystę, te drobne momenty przestałyby wzruszać. Jak głoszą niektórzy, świat, w swej złożoności, dąży do równowagi w każdym swoim przejawie. W przypadku sztuki jednak, mamy do czynienia z równowagą energii. Bo jeśli już wspominamy o równowadze, to z zasady powinno być tyluż Artystów, co zjawisk przeciętnych bądź słabych. A tak przecież nie jest. Artysta rodzi się jeden na tysiąc, może milion zjawisk I w tym właśnie, tkwi sekret. Mianowicie pozytywnej energii pochodzącej z jednego tylko performensu Artysty jest tyle, co beznadziei w tysiącu przeciętnych występów ligowej szarzyzny. Po co więc istnieje szarzyzna? Po cóż ją hołubić? Otóż, prócz założenia, że są różne gusta, jest jeszcze jeden aspekt - otóż szarzyzna i dno istnieć bezwzględnie muszą. Jeśli nie doświadczylibyśmy zjawisk przeciętnych, nie dostrzeglibyśmy tego, co naprawdę ważne, a w najlepszym razie nasze doznania straciłyby na intensywności.

 Zobaczyć koncert Anneke van Giersbergen na żywo to fantastyczne przeżycie. W poznańskim klubie Pod Minogą zebrało się blisko sto osób, by podziwiać występ byłej wokalistki The Gathering. Przed nią zagrali Kill Ferelli i Frames. O nich nie będzie, bo miało być o Artystach. Wspomnieni muzycy naprawdę porządnie zagrali, ale to jest kwestia oczekiwań. Chcesz by obudzono w tobie cząstkę, więc to naprawdę nie to. Chcesz by przepłynęła przez ciebie ta energia. Naturalnie wiele jest przeszkód na drodze do tego celu. Takich jak koszmarne nagłośnienie. Wydaje mi się, że widzowie w Polsce przyzwyczaili się do źle nagłośnionych koncertów i nikt nawet już tego nie krytykuje. Nikt się nie oburza, bo źle nagłośniony koncert, to norma. Polscy widzowie są jak bite żony, wracające do bijących mężów. Może się zmieni, może tym razem będzie lepiej. Cóż, sam jestem jak ta bita żona, bo na koncerty chodzę. Niemniej nie należę do grupy osób, które wychwalają akustyków, że to był najlepiej nagłośniony koncert na świecie - słowa mojego znajomego, który upierał się, że koncert Anathemy w Eskulapie był pod względem soundu bezbłędny. Nie był. Nawet nie leżał obok bezbłędności. Tym razem też tak było. Serio, co z wami, ludzie? Szczerze mówiąc chyba naprawdę nie słyszeliście dobrze nagłośnionego koncertu! Dlaczego w Słowacji czy Holandii w pierwszej lepszej wiosce można trafić na gościa, który ustawi dobrze dźwięk na koncercie? Ehh. Dość tego.

Wróćmy do Anneke, która jest magiczną artystką, roztaczającą wokół siebie niesamowitą aurę. A przy tym nie gwiazdorzy, pozostaje zwykłą osobą, którą można spotkać, ubraną w dres, w kolejce po bułki. Zaczęła koncert dokładnie tak, jak zaczyna się Everything Is Changing - jej nowa płyta - piosenką Feel alive. Naprawdę widać, że jest żywa i energiczna, i naprawdę szczęśliwa. To nie są puste słowa, którymi zapełnia wypowiedzi w wywiadach, jej naprawdę się układa. To wspaniała wiadomość. Dalej grała już przede wszystkim numery z nowej płyty, a także z Pure Air i In Your Room. Sięgnęła również po parę rzeczy The Gathering, zgodnie z doniesieniami z wcześniejszych koncertów trasy. W pewnym momencie zrobiła przerwę na dłuższą konferansjerkę. Opowiedziała o wspaniałych ludziach, z którymi przydarzyło jej się pojechać w solową trasę, pierwszy raz w charakterze headlinera. Opowiadała o świetnym zrozumieniu jakie panuje w grupie, o wspólnym szacunku i wspaniałej pozytywnej energii. Oraz o ostatnim wieczorze we Wrocławiu, gdzie 18 osobową grupą wybrali się po koncercie na tańce do jednego z tamtejszych klubów. Później setlista zaowocowała w rzeczy, na które bardzo czekałem, czyli Beautiful one oraz Circles. Podczas tego drugiego okazało się, że wspaniałe słowa o wspólnym szacunku, nie bardzo pasują niektórym pijanym idiotom, którzy pojawili się tamtego wieczora Pod Minogą. Kilku neandertalczyków klaskało w nierównym rytmie, bez jakiegokolwiek odniesienia do utworu, co naprawdę utrudniało odbiór wyciszonego, granego bez basu i perkusji Circles. Czy to miał być jakiś wredny żart? Czy te tłuki naprawdę myślały, że klaskając w połamanym rytmie sprawią, że zespół się pomyli? Nie udało im się zmylić zespołu, ale na pewno popsuli wrażenie. Poza tym przy nieco szybszych piosenkach zombie waliły pogo, zupełnie bez najmniejszego powodu. To nie był przecież żaden punk, rytm nie był aż tak skoczny, by popadać w taki szał. Niemniej, owszem, znam osobiście ludzi, którzy potrafią tańczyć pogo nawet do Radiohead.

Stałem w drugim rzędzie. Nagłośnienie było złe, więc niewiele słyszałem, ale moja podświadomość składała mi piosenki w całość. Poza tym niemal słyszałem Anneke bezpośrednio, bez nagłośnienia. Albo tylko mi się wydawało, ale to naprawdę kwestia połowy metra. Po koncercie zamarzyło się spotkanie, więc się czekało. Mało prawdopodobne, ale przecież możliwe. Jakże bliska się wydała wizja obcowania przez ułamek sekundy z Artystką. Jedną z tych, co rodzą się raz na nigdy. Jedną z tych, co mają w sobie tyle barw, by przynieść równowagę całej ligowej szarzyźnie.

1 czerwca 2012 roku, Pod Minogą, Poznań.

niedziela, 17 czerwca 2012

#23 Pstryk! I cię nie ma

meritum-news.com

„W pewne słoneczne popołudnie, kiedy nie czuł się dobrze, Steve siedział w ogrodzie za domem i rozmyślał o śmierci. Mówił o swoich doświadczeniach z Indii sprzed blisko czterdziestu lat, o nauce buddyzmu, o swoich poglądach na reinkarnację i duchową transcendencję. 
Z moją wiarą w Boga jest mniej więcej pół na pół - powiedział. - Przez większość życia uważałem, że za naszym istnieniem musi się kryć coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. Przyznał, że w obliczu śmierci być może przesadza z tą proporcją, kierowany pragnieniem wiary w życie pozagrobowe. Lubię myśleć, że po śmierci coś z człowieka zostaje - powiedział. - Dziwnie się czuję, myśląc, że zbiera się te wszystkie doświadczenia, może trochę mądrości, a potem to wszystko znika. Dlatego bardzo chciałbym wierzyć, że coś pozostaje, że może nasza świadomość nie umiera. 
Potem bardzo długo milczał.
Z drugiej strony jednak może to działa jak prosty przełącznik - powiedział. - Pstryk! I cię nie ma. 
Znów umilkł i lekko się uśmiechnął.
Może właśnie dlatego nigdy nie chciałem umieszczać wyłączników w urządzeniach Apple.

Z książki Waltera Isaacsona Steve Jobs