piątek, 27 lipca 2012

#25 The Amazing Spiderman

cdn.screenrant.com

The Amazing Spiderman Marca Webba to ekranizacja komiksu, do realizacji której zatrudniono prawdziwych aktorów. To doprawdy niecodzienny zabieg. Stereotyp głosi, że amatorzy komiksów nie chodzą do kina by podziwiać grę aktorską. Chcą strzelanin i bijatyk. I wspaniałych efektów specjalnych. Aktorzy mogli by, równie dobrze, być wygenerowani przez komputer. Na przekór temu, w filmie Webba, sceny rozmów Emmy Stone i Andy'ego Garfielda są wspaniałym popisami. Pełne doskonałej mimiki, zawieszeń, wstydliwości, zakłopotań, nieśmiałych westchnień, ukradkowych uśmiechów i spojrzeń wyrażających więcej niż słowa. Po prostu wszystkiego tego, co można zobaczyć na twarzach dwójki prawdziwych młodych ludzi z krwi i kości.

I to jest najmocniejsza strona tego filmu. Na drugim miejscu plasują się efekty specjalne. Nawet przez chwilę nie można się dopatrzeć pracy komputera. I tylko logika podpowiada, że trzy-metrowa jaszczurka grasująca po nowojorskich ściekach nie może się dziać naprawdę. Podobnie jak facet w czerwono-niebieskim trykocie szybujący ponad dachami budynków.

Rozwiązania fabularne są bardzo nierówne. Fantastyczną sceną jest ta, w której Peter dostaje lanie od Flasha Thomsona - ciosy są tak realistyczne, że czujemy jakbyśmy właśnie dostali w pysk. Spiderman oberwie w trakcie filmu jeszcze wiele razy, zbierze kolekcję siniaków, ran, a nawet dostanie kulkę. Twórcy starają się zachować logikę praw fizyki, na tyle, na ile to możliwe w uniwersum Marvela. Z kolei dziwną logiką posługują się niektóre postaci w tym filmie. Kiedy ugryzienie pająka daje Peterowi nadludzką moc, chłopak może bez problemu odpłacić się Thomsonowi. Sposób w jaki Parker upokarza niedawnego prześladowcę jest zrealizowany okropnie i przesadnie. Chłopak popisuje się przed całą szkołą nadludzkimi umiejętnościami i kompletnie nikt nie zadaje żadnych pytań. Dwudziesto-metrowy skok z piłką i zdemolowanie połowy sali gimnastycznej to na pewno coś, co jest na porządku dziennym. Wzruszamy ramionami i wracamy do zajęć. Dziur w scenariuszu jest więcej, ale wymieniać można do rana, a ja mam inne rzeczy do roboty;)

Naturalnie, jak w każdym filmie o superbohaterach, najlepszym fragmentem jest nauka jak być Człowiekiem Pająkiem. Początki są oczywiście niezdarne, pełne eksperymentów, prób i błędów. Parker biega po mieście w prototypie stroju pająka i bije oprychów. Nad tym wszystkim unosi się tajemnica śmierci rodziców Parkera oraz smutne wydarzenie - morderstwo wuja Bena, które jest katalizatorem decyzji Petera o zwalczaniu przestępczości.

Finał jest bliski banału. Powtarza się wytarty schemat - wybitny naukowiec poświęca się swojemu dziełu tak dalece, że zostaje przez nie pochłonięty do szaleństwa. Tym razem w obsesję popada doktor Curt Connors, pragnący zrekonstruować utraconą w wypadku rękę, za pomocą genów jaszczurki. Nie trzeba być znawcą komiksów Marvela, żeby domyślić się co będzie dalej. Connors mutuje w Lizarda i wprowadza w życie złowieszczy plan - zamienić wszystkich mieszkańców NY w gady. Pomóc ma mutagen rozpylony z najwyższego budynku w mieście. Podobnym finałem kończy się Batman, Batman Begins, X-Men i wiele innych. Eh. Wymyślcie coś nowego!

Filmowi daleko do ideału, twórcy permanentnie chodzą na skróty, wiele rozwiązań jest po prostu wygodnych dla scenariusza, przez co mało logicznych nawet w świecie Spidermana. Niemniej, można wybaczyć. To w końcu ekranizacja komiksu, a ściślej - komiksu o Spidermanie, gdzie rozwiązania typu Deus Ex-Machina widywać można było za każdym rogiem, czarne charaktery miały zawsze te same motywacje, a postaci wracały z martwych od tak, kiedy tylko było to wygodne dla twórców. Jeśli więc oryginał, na podstawie którego powstał film, obiera pewną konwencję, to ciężko mieć pretensje, że ekranizacja nie przyjmuje innej. Nawet Nolanowi (twórcy Batmana) nie udało się uciec od banałów. Najwyraźniej bez nich nie da się opowiedzieć superbohaterskiej historii.

6/10